Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2011

Liczenie owiec.

what is that sound /ringing in my ears / the strangest sound / i`ve heard for years and years...

Lamb to dla mnie jeden z tych zespołów, który ukształtował moje spojrzenie na muzykę. Gdy zacząłem odkrywać elektroniczne dźwięki, ich podejście do muzyki odpowiadało mi najbardziej. Mieszanie klasycznego instrumentarium z wpływami modnych wówczas drumów, oparte na strukturze głębokiego bassu, z przejmującym i wybijającym się ponad wszystko czystym i niezwykle mocnym wokalem Louise Rhodes. W roku 1996 pierwsze płyty wydali już Moloko oraz Morcheeba, a Portishead i Massive Attack byli już po wydaniu przełomowych "Dummy" i "Protection". Trip hop grało się wszędzie. I wtedy właśnie Lamb zaprezentował swoją, autorką wersję z charakterystycznymi wątkami, które w ich muzyce można odnaleźć do dziś. Pamiętam swoją ekscytację kiedy trzy lata później, w 1999, w moje ręce trafiła ich druga płyta, "Fear of Fours". Ciemny, lejący się, gęsty od znaczeń muzyczny sos... Ale to już historia.

W 2004 roku, po wydaniu czwartej płyty Lamb ogłosił, że drogi Lou i Andy'ego się rozchodzą. Mieli sobie wówczas postanowić, że dopóki nie będą mieli nic nowego do powiedzenia nie nagrają już wspólnie nowego materiału. Oboje poświęcili się projektom solowym. Jednak w tym roku, niespodziewanie nagrali nową płytę, bez ciśnienia, we własnej, utworzonej w tym celu wytwórni Strata, za pieniądze fanów, którzy zamawiając "pre-order" mogli partycypować w kosztach powstawania nowego albumu.

Jest piąty dzień, piątego miesiąca 2011 roku. W moje ręce trafia piąta płyta Lamb, zatytułowana "5" po prostu. Po siedmiu latach od zawieszenia działalności mam okazje po raz kolejny wsłuchać się w przejmujący wokal Lou. Czy warto było czekać?

Według mnie "5" jest konsekwencją poprzednich płyt zespołu. To bardzo dobry album, nie silący się na zbytnią oryginalność, nie flirtujący z nowymi trendami. To świetnie napisane, mistrzowsko zaśpiewane piosenki z mądrymi tekstami, w które można się wsłuchać, a potem zadumać się nad tym, co zostało przed chwilą zaśpiewane. Zobaczcie, jak powstawała nowa płyta, jaki klimat jej towarzyszył.

Mini-documentary about the making of the new album 5 from lamb-official on Vimeo.



Ten filmik mówi właściwie wszystko. Widać, że ekscytacja, która towarzyszyła Lou i Andy'emu przy produkcji tych utworów, przełożyła się bezpośrednio na nastrój, jaki udało się im uzyskać. Nieprzymuszonej niczym radości, którą można czerpać z kreacji. Oboje porównywali ten stan do tego, jaki udało im się wytworzyć przy pracy nad debiutem. Ten stan przekłada się także na mój odbiór "5". Czuć w niej nieograniczoną wolność i lekkość. Gdy dziś słuchałem płyty na słuchawkach, w tramwaju, parę razy zamknąłem oczy i śmiałem się sam do siebie. Bo było mi dobrze z nową muzyką Lamb, bo dotarła ona we mnie rejonów, do których rzadko coś dociera... "5" to nie jest album rewolucyjny, to prosta kontynuacja tego, do czego Lamb zdążył nas już przyzwyczaić. Być może mój odbiór jest naznaczony sentymentem za tym, co minione, za pewnymi wrażeniami, z którymi muzyka Lamb w mojej głowie łączy się nierozerwalnie. I co z tego? Czy muzykę można izolować? Czy raczej odbierać z całym sztafażem znaczeń, które nadbudowuje nad nią czas i miejsce, w jakiej ją odbieramy... Nieważne. Przestańmy już liczyć owce. Zajmijmy się muzyką.

niedziela, 20 lutego 2011

Przestrzeń to jedyny dźwięk, jaki możesz zobaczyć...

Charles Baudelaire: "Wielka rozkosz dla prawdziwego flâneura i rozmiłowanego obserwatora: zamieszkać w mnogości, falowaniu, ruchu, w tym, co umyka, co jest nieskończone. Być poza domem, a przecież czuć się wszędzie u siebie; widzieć świat, być w środku świata i w ukryciu zarazem..."

Do napisania czegokolwiek o albumie Nicolasa Jaara "Space Is Only Noise" zbierałem się bardzo długo i nawet teraz nie jestem jeszcze pewien, czy to już odpowiednia pora, by pochwycić tą muzykę w słowa. Ale nie dowiem się tego, dopóki nie spróbuję... Nicolas Jaar znany był mi od dawna, zarówno w wersji bardziej tanecznej, z wielu doskonałych remiksów, jakie zrobił dla innych artystów, jak i z tej melancholijnej, głównie z EPek dla Circus Company. Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że "Space Is Only Noise" to album, jakiego się po nim spodziewałem...
Wrażenia po pierwszym odsłuchu? Konsternacja i zdziwienie. Mimo, iż Jaar ma dopiero 21 lat, czuć, że to muzyka bardzo dojrzała i przemyślana, że żadne dźwięki nie są przypadkowe. A jednak od razu mnie ten album nie porwał... Potrzebowałem wielu przesłuchań, żeby się z nim zaprzyjaźnić. Gdy słucham go teraz, dociera do mnie, że opiera się on na pewnym koncepcie, wywodzącym się ze sztuki...

Kluczem do rozwikłania zagadki jest tu słowo "przestrzeń". Pierwsze dżwięki, jakie słyszymy w "Space Is Only Noise" to szum morza i głos mężczyzny, mówiącego po francusku. Po chwili ustępuje on miejsca cyfrowym trzaskom, mieszającym się z dźwiękami pianina. To swoiste "intro", être (po francusku "być") przechodzi płynnie w drugi utwór "Colomb". Zaczynamy zatem "być" w wygenerowanej przez Jaara przestrzeni, zanurzamy się w niej. "Colomb" przypomina wczesne dokonania Air, znowu zatem idziemy tropem dokonań Francuzów. Ale za chwilę okaże się, że żadna dokładna lokacja nie jest nam potrzebna, żeby móc "dryfować" w jaarowskiej przestrzeni dźwięków. Bo oprócz francuskich nawiązań znajdziemy tu również inne. Modern blues, wschodnią ornamentykę, postrockową melancholię, jazzową nudę, czy triphopowy smutek. Wszystko łączy jedna przestrzeń, zgrabnie rozpięta między Chile (tu Jaar się urodził, stąd pochodzi też Ricardo Villalobos, autor albumu "Alcachofa", z którego Nicolas pożyczył metodę eksperymentowania z wokalem), Niemcami, (tam mieszka obecnie w Berlinie) a Francją, z której czerpie najważniejsze inspiracje. To "przestrzeń surrealistyczna", odważny koncept, którego autorem jest architekt Bernard Tschumi. Wymyślił on nowy rodzaj miejsca, w którego skład wchodzą wszystkie znane nam już lokalizacje, nakryte nowym "dachem". To przestrzeń zdarzeń, nie obiektów. W przypadku albumu Jaara, który stanowi zamkniętą całość (utworów z tej płyty nie ma sensu słuchać w oderwaniu od pozostałych) muzyka to "miejsce" składające się ze wszystkich znanych wcześniej inspiracji, w którym dochodzi do nieprzewidywalnych połączeń. Miejsce, które sprzyja wszystkim formom wędrowania. Poruszanie się po nim przypomina trochę pewną XIX-wieczną paryską modę, spacerowania po ulicach z żółwiem na smyczy. Ta dźwiękowa przestrzeń posiada strukturę labiryntu, zakładającą błądzenie, a więc Nicolas czasem błądzi, do czego przyznaje się w wywiadach. Nie wszystkie tropy wydają się doskonałe, ale jak się ma 21 lat, to można ciągle próbować. Na doskonałość przyjdzie jeszcze pora. Żeby wygenerować taką przestrzeń trzeba niebywałej odwagi, której Jaarowi nie brakuje. Zmierzyć się z tak wieloma inspiracjami, wrzucić je wszystkie do jednego albumu i nie polec w tej walce? Ciężkie, a jednak jak się okazuje możliwe do wykonania zadanie...

"Space Is Only Noise"
to bardzo dobry albym, tworzący niezwykły klimat. Już do mnie leci na czarnym placku, dzięki Wojtkowi z Sideone, który zarezerwował dla mnie ostatni dostępny egzemplarz. Cieszę się bardzo. Bo przestrzeń to jedyny dżwięk, jaki mogę w tej chwili oglądać.