Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 czerwca 2010

Breakin' the Wall.

I kolejny raz wróciłem z Wrocławia zajarany. Kolejny raz mi się udało. Zobaczyć to miasto w zupełnie inny sposób, któryś już raz z kolei. Jak tak dalej pójdzie to zostanę Wrocławiologiem, albo jakoś tak. Kocham Wrocław miłością niepodważalną, bezsprzeczną, kocham je teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Bo pozwala się odkrywać, ujawnia swoje tajemnice powoli, za każdym razem jest trochę inne. Kocham je za kolor i za słońce, którego zawsze w nim pełno. Za ludzi, jakiś takich bardziej radosnych. Trzy dni wystarczą spokojnie, żeby się tym miastem nasycić. I nasyciłem się, oj tak. Ale po kolei. Zacząć muszę od drugiej edycji OUT OF STH i nowych murali, które pojawiły się na ulicach, bo odkrywanie ich w starych, upadających dzielnicach jest tak naprawdę odkrywaniem Wrocławia, nie tego znanego z pocztówek, z okolic Rynku, ale tego zapomnianego, gdzie czas jakby się zatrzymał, gdzie ludzie stanęli w miejscu. Tak, jak rok temu odkryliśmy Ptasią, tak w tym roku największe wrażenie zrobiło na mnie Nadodrze, w górę od Nowowiejskiej, która jest taką trochę "sztuczną" granicą, za którą zaczyna się całkiem inny Wrocław. Prace Eriki Il Cane, Dema, Escifa, Vova Vorotniova czy Zosena doskonale wpisały się w klimat miasta "pozostawionego samemu sobie". Zbiok'owi znowu się udało! Jak ta dalej pójdzie to Wrocław w niedługim czasie zacznie przypominać Berlin... A potem była jeszcze dzielnica żydowska, Kamfora, Mleczarnia i Niskie Łąki, nowe miejsca z fajnymi ludźmi i pozytywnym klimatem, wystawa "Polski Neon" w Muzeum Architektury, "Kartoteka" Zadary w Teatrze Współczesnym, w wydaniu ultra-nowoczesnym, niescenicznym, z taką energią, że możnaby nią obdzielić ze dwadzieścia innych spektakli. I było jeszcze przesiadywanie na Wyspie Słodowej, prażenie się na słońcu i obserowanie wciąż rosnącego poziomu Odry. I w ogóle fajnie było, no. Jak to we WROCŁAWIU zazwyczaj!

O, a tu możecie sobie popatrzeć, jak powstawał jeden z murali z OUT OF STH:

Vova Vorotniov / Breaking the Wall / OutofSth.org from Zbiok on Vimeo.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Weeding & shitting in Breslau.

Na początku był bar Bumerang, gdzieś pod Toruniem, w którym serwowano weeding. I ten weeding stał sie jednym ze słów kluczy wrocławskiej wycieczki (innym była Karma, o czym pisze Steven). Pierwszy z popełnionych grzechów był taki, że zapomniałem zapłacić za obiad swój i M. Po czym oddaliłem się z miejsca przestępstwa. A potem grzechy można by wyliczać długo i palców obu dłoni zapewne by nie starczyło. A jak są grzechy to wiadomo, musi być też kara. Zbyt dużo weedingu = shitting dnia następnego. I kara przyszła jak grom z jasnego nieba. Z najlepszego chyba filmu Nowych Horyzontów (szwedzkie "Białe Szaleństwo") musiałem wyjść bo nie działała klima i zimny pot wystąpił mi na czoło, co w konsekwencji przerodziło się w okupację kinowego kibla i shitting razy tysiąc. Na szczęście ziomale, z którymi na wycieczce byłem i moja M., która do trzeźwo myślących osób należy, zaprowadzili mnie do knajpy meksykańskiej, gdzie zjadłem ostrą, aztecką zupę z awokado i chilli, i stan mój ze zjebanego zamienił się w euforyczny. Na szczęście zbliżał się już wieczór i koncert, który miał stanowić kwintesencję wyjazdu. Niestety wraz z koncertem zbliżała się też burza. I oczywiście zbyt dużo złej karmy, która przez uczestników wycieczki została wysłana, spowodowało, że lunęło akurat wtedy, kiedy koncert miał się zacząć. Koniec końców, po godzinnym opóźnieniu live act Junior Boys w końcu się odbył. I był to jeden z najbardziej zajebistych koncertów, jakie me uszy słyszały. A w dodatku za niewielką sumkę kupiłem sobie jeszcze winyla "Begone dull care" (dzięki MOO, która obczaiła go pierwsza). I z tej radości spiłem się nalewką Pani Kierownik naszej szacownej wycieczki, która tenże nalewkę wcześniej wraz ze swym mężem przygotowała. Po tych wszystkich przygodach był jeszcze Jeff Milligan, który grać miał ponoć z czterech decków, a zagrał z dwóch, dopóki strugi deszczu nie zalały mu sprzętu i zmusiły do zejścia ze sceny. A dnia następnego powrót do domu z chorym Stevenem (mam nadzieję, że już teraz zdrowym karma!).

Wszystkim uczestnikom tego niecodziennego zdarzenia, jakim był wyjazd do Breslau i wspólne odkrywanie Nowych Horyzontów, należą się tu solidne podziękowania. Mam nadzieję, że zapoczątkowaliśmy tym samym "nową, świecką tradycję" i może w tym samym składzie wyruszymy znowu za rok? Co myślicie?

Piona!

piątek, 31 lipca 2009

Nowe Horyzonty.

Czas na filmowe wydarzenie roku. Czas na Wrocław i na Nowe Horyzonty. Dwa ostatnie dni Festiwalu - mam nadzieję na ciekawe obrazy, na nowe odkrycia, na wstrząs mózgu. A na deser i na zakończenie - koncert Junior Boys.