Jest mi dzisiaj mocno zielono. Głównie dlatego, że przyszły nowe płyty. Wsród nich Mayer Hawthorne "Green Eyed Loved + Remixes", który jest cały zielony, jak widać na zdjęciu. Zielony winyl smakuje wybornie. I pachnie, jak świeżo ścięta trawa. Lubicie ten zapach? Remiksy, znajdujące się na płytce, szczególnie ten od Classixx wydają mi się nawet lepsze niż oryginał... Jeżeli chodzi o zielony, to jest jeszcze jedna kwestia. Otóż ostatnio mocno zainteresowałem się niejakim Leszkiem Żebrowskim, plakacistą, autorem m.i bardzo znanych i uznanych plakatów do filmów Stanleya Kubricka. Kupiłem nawet jeden jego plakat zatytułowany
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mayer Hawthorne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mayer Hawthorne. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 4 lutego 2010
Zielonka.
Jest mi dzisiaj mocno zielono. Głównie dlatego, że przyszły nowe płyty. Wsród nich Mayer Hawthorne "Green Eyed Loved + Remixes", który jest cały zielony, jak widać na zdjęciu. Zielony winyl smakuje wybornie. I pachnie, jak świeżo ścięta trawa. Lubicie ten zapach? Remiksy, znajdujące się na płytce, szczególnie ten od Classixx wydają mi się nawet lepsze niż oryginał... Jeżeli chodzi o zielony, to jest jeszcze jedna kwestia. Otóż ostatnio mocno zainteresowałem się niejakim Leszkiem Żebrowskim, plakacistą, autorem m.i bardzo znanych i uznanych plakatów do filmów Stanleya Kubricka. Kupiłem nawet jeden jego plakat zatytułowany środa, 21 października 2009
Szranki i konkury. Część 1.
Dzisiaj dwa wyśmienite teledyski do dwóch wyśmienitych utworów, pochodzących z płyt, o których już teraz mogę śmiało powiedzieć, że w roku 2009 były dla mnie bardzo ważne. Jako pierwszy wskrzesiciel starego soulu, w nerdowskich okularach i pulowerze, Mayer Hawthorne i jego "Green Eyed Love". Niektórzy mówią, że Mayer nie potrafi śpiewać. Może ja się nie znam, ale dla mnie on śpiewa fantastycznie, bo się na nic nie sili i jest przede wszystkim naturalny. Album "Strange Arrangement", który popełnił wczesną jesienią ma niesamowicie przyjemny, "ciepły" klimat. Zupełnie się nie spodziewałem, że taka płyta może stać się w tym roku jedną z moich ulubionych. Jeszcze parę miesięcy temu nic nie słyszałem o Mayerze, a teraz nie wyobrażam sobie bez niego tegorocznego muzycznego podsumowania.
Druga jest Fever Ray, czyli Karin Dreijer Andersson, o której trochę już na tym blogu w tym roku napisałem. Jej solowe wydawnictwo zatytułowane po prostu "Fever Ray" jest płytą, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze lubiłem mroczną, zimną elektronikę. Jedną z moich ulubionych płyt ever jest wszakże "After Love" Closer Musik, wydana w Kompakcie, w 2002 r. Zarówno tamta płyta, jak i tegoroczny album Karin są "czarne", przy czym kolor nie odnosi się tu tylko do okładki albumu, raczej do klimatu, jaki tworzy muzyka na nim zawarta. Jest mrocznie. U Closer Musik ten mrok nazwałbym lekko perwersyjnym, u Fever Ray natomiast mrok wynika z niepoznanej tajemnicy, to raczej kolor strachu z bajek dla dzieci, mroczny las, którego należy się bać, a który jednak magnetycznie przyciąga...
Nie bez znaczenia jest też chyba, że zarówno Fever Ray, jak i Mayer Hawthorne wypracowali sobie własny styl, którego nie można pomylić z niczym innym. I nie mam tu na myśli tylko muzyki. Bo oboje konsekwentnie realizują swoje pomysły także w warstwie wizualnej. Okładka albumu z tłoczeniami przypominającymi jakby skórę krokodyla, czy winylowa płyta w kształcie czerwonego serca to tylko niektóre z pomysłów Mayera. Również image Hawthorna wydaje się do muzyki, którą tworzy doskonale pasować. Fever Ray natomiast, perfekcjonistka w każdym calu, nie tylko dba o oprawę graficzną singli i albumu, ale tworzy ze swoich klipów opowieść, nadającą jej muzyce kolejny, głębszy wymiar. Jeszcze inną sprawą są koncerty Karin, gdzie wszystko odbywa się w mroku i cieniu, jakby na scenie odbywał się jakiś rytuał, albo misterium.
Panna Karin i Pan Mayer - moje dwie pierwsze tegoroczne, bezsprzeczne rekomendacje.
Druga jest Fever Ray, czyli Karin Dreijer Andersson, o której trochę już na tym blogu w tym roku napisałem. Jej solowe wydawnictwo zatytułowane po prostu "Fever Ray" jest płytą, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zawsze lubiłem mroczną, zimną elektronikę. Jedną z moich ulubionych płyt ever jest wszakże "After Love" Closer Musik, wydana w Kompakcie, w 2002 r. Zarówno tamta płyta, jak i tegoroczny album Karin są "czarne", przy czym kolor nie odnosi się tu tylko do okładki albumu, raczej do klimatu, jaki tworzy muzyka na nim zawarta. Jest mrocznie. U Closer Musik ten mrok nazwałbym lekko perwersyjnym, u Fever Ray natomiast mrok wynika z niepoznanej tajemnicy, to raczej kolor strachu z bajek dla dzieci, mroczny las, którego należy się bać, a który jednak magnetycznie przyciąga...
Nie bez znaczenia jest też chyba, że zarówno Fever Ray, jak i Mayer Hawthorne wypracowali sobie własny styl, którego nie można pomylić z niczym innym. I nie mam tu na myśli tylko muzyki. Bo oboje konsekwentnie realizują swoje pomysły także w warstwie wizualnej. Okładka albumu z tłoczeniami przypominającymi jakby skórę krokodyla, czy winylowa płyta w kształcie czerwonego serca to tylko niektóre z pomysłów Mayera. Również image Hawthorna wydaje się do muzyki, którą tworzy doskonale pasować. Fever Ray natomiast, perfekcjonistka w każdym calu, nie tylko dba o oprawę graficzną singli i albumu, ale tworzy ze swoich klipów opowieść, nadającą jej muzyce kolejny, głębszy wymiar. Jeszcze inną sprawą są koncerty Karin, gdzie wszystko odbywa się w mroku i cieniu, jakby na scenie odbywał się jakiś rytuał, albo misterium.
Panna Karin i Pan Mayer - moje dwie pierwsze tegoroczne, bezsprzeczne rekomendacje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)