Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Willow. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lipca 2010

Dzikie Stwory już tu są!

Po raz pierwszy pisałem o nich na blogu tutaj. Dzikie Stwory miały się pojawić w kinie w listopadzie. Nie pojawiły się. Film Spike Jonze'a nie wszedł do polskich kin, został wydany tylko na DVD. To nie pierwszy i nie ostatni raz, że filmy, na które czekałem z niecierpliwością, w końcu na ekrany nie wchodzą. Zamiast nich promuje się inne, puste i miałkie gnioty. Ale takie już czasy, nie ma co narzekać. Trzeba się cieszyć, że są jeszcze w Polsce ciekawe filmowe festiwale, gdzie można zobaczyć w pełni autorskie, oryginalne kino. Takim festiwalem jest z pewnością "Sopot Film Festival", którego autorzy w pełni sezonu, w najbardziej lansiarskim z kurortów zdecydowali się wyświetlać filmy niszowe, mało znane, za to genialnie opowiedziane i wyreżyserowane. A takim z pewnością jest "Where the wild things are".

Wczoraj padało i to mocno, ale nic nie było w stanie spowodować żebym został w domu. Musiałem zobaczyć Carol, KW, Judith i Irę. I zobaczyłem. Jestem w pełni usatysfakcjonowany, bo na taki film właśnie liczyłem. Wizualnie - cudowny. Stwory niczym z Hansona, mało obróbki komputerowej, klimat "oldschoolowy". Historyjka - prosta, ale ujmująca. Muzyka - rewelacyjna, doskonale oddająca klimat całości. Lubię dziwne, pojechane filmy dla "dzieci-nie-dzieci". Lubię wyobraźnię Spike'a Jonze'a. Wszystko zadziałało tak, jak powinno. Dzikie Stwory pozamiatały. Numer jeden to dwie sowy - Bob & Terry. Nie będę o nich nic pisał. Zobaczcie ten film, chociażby dla nich. Gwarantuję, że będziecie mieć ubaw po pachy, a potem jeśli tylko macie wyobraźnię - będziecie mieć również dziwaczne sny;)

I jeszcze jedno. Pamiętam, kiedy miałem 9 lat i byłem w kinie na "Willow". Pamiętam że ani razu nie poruszyłem się w trakcie seansu, byłem jak zaczarowany, wpadłem w trans. Myślę sobie, że te same emocje mogłyby towarzyszyć współczesnym dzieciakom przy oglądaniu "Where the wild things are". Gdyby tylko miały możliwość zobaczenia tego filmu w kinie, gdzie magia jest zawsze większa, bo wiadomo przecież nie od dziś, że mimo iż boimy się ciemności, to również ją kochamy. Bo w ciemności zdarza się wszystko to, co najfajniejsze.

Where The Wild Things Are [music by Joel O'Neill] from Joel O'Neill on Vimeo.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Filmy mojego życia.

Pod każdym względem to lato jest mocno filmowe. Po raz pierwszy byłem na Nowych Horyzontach, choć plany takowe snułem dużo wcześniej to udało się je zrealizować dopiero w tym roku. Dużo o filmach myślałem i dużo dobrych filmów widziałem. Czytam też książkę, która o filmach opowiada i która filmom, jakie w życiu oglądamy nadaje większy sens. Filmy bowiem są nośnikami naszej pamięci. Z każdym obrazem, który widzieliśmy kiedyś w kinie coś nam się kojarzy, jakieś zdarzenie, jacyś ludzie, jakieś rzeczy... "Filmy mojego życia" Alberto Fugueta (bo o tej książce mowa) jest powieścią opartą na bardzo fajnym pomyśle. Jej bohater, Beltran Soler spotyka w czasie swojej podroży do Japonii tajemniczą kobietę, która proponuje mu spisanie historii swojego życia na podstawie filmów, które w życiu oglądał. Nasz bohater zaintrygowany tym pomysłem cofa się do lat swego dzieciństwa i przypomina sobie zdarzenia, których był świadkiem. Ocenia je zawsze w kontekście obrazów, które widział wówczas w kinie lub w telewizji. Bo filmy niosą z sobą zawsze wiele ciekawych spostrzeżeń i obserwacji o czasach, w których powstały. Ma książka Fugueta niesamowitą siłę. Zmusza bowiem do spojrzenia również i na nasze własne życie przez pryzmat filmów. Wczoraj wieczorem usiadłem zatem z karteczką i ołówkiem w dłoni i zacząłem wypisywać te obrazy, które pamiętam z dzieciństwa, które wiążą się z czymś dla mnie ważnym. Pierwszy polski film, na który zabrała mnie mama do kina - "Akademia Pana Kleksa". Scena z inwazją wilków - nie do zapomnienia. Każdy kto widział, wie o czym mówię. Pierwszy film, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie - "Goonies". Pamiętam jak dziś, że usiadłem wtedy w fotelu i nie poruszyłem się aż do momentu, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. Pierwszy film, na który poszedłem do kina sam - "Willow". Kto pamięta Vala Kilmera w roli Madmartigana? Pierwszy film, który spowodował, że chciałem przeczytać książkę na kanwie której powstał - "Powrót do przyszłości". Pierwszy film, po którym bałem się zasnąć - "To" na podstawie powieści Stephena Kinga, z postacią Pennywise’a - Tańczącego Klowna. Kilka miesięcy temu w jakimś artykule w "Machinie" przeczytałem, że ten Klaun był słaby i wcale nie był straszny. Być może dla autora tego artykułu, ja w wieku 11 lat miałem inne zdanie. Potem pierwszy film o Batmanie... Pamiętam jeszcze "Wejście smoka" z Brucem Lee. I jakiś taki podniosły nastrój, gdy ten film puszczano w telewizji. Wszyscy oczekiwali na niego z wypiekami na twarzy. Nawet babcia, która najbardziej lubiła "kino nocne". Potem pamiętam "Syreny" z Cher, "Czarownice z Eastwick" z Jackiem Nicholsonem oraz jeden z pierwszych filmów Tima Burtona - "Beetlejuice". I chyba wtedy zakochałem się w kinie na zabój, a może to zdarzyło się już wcześniej, tylko nie mogę sobie teraz przypomnieć tego właściwego momentu.

Oprócz filmów sensu stricto pamiętam jeszcze serial, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Puszczali go wtedy w czasie ferii zimowych. Były to "Kroniki z Narnii" z 1988. Już sama czołówka wywoływała u mnie dreszcze... Oglądanie tego serialu było swoistą celebracją. Życie stawało się wtedy zupełnie inne (szczególnie gdy ktoś obdarzony był rozwiniętą wyobraźnią;). Czy dzisiaj dzieciaki też tak mają?



Zresztą dziwne to były czasy. Bo jak rozumieć mieliśmy wtedy "pamiętnik młodego zielarza", "święto pierwszej pigułki", "przylądek aptekarski" czy "magistra pigularza" z "Pana Kleksa"?