Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lutego 2011

Wycieczka w próżnię.

Co można powiedzieć o filmie, którego napisy początkowe wyglądają tak:



No więc można powiedzieć, że tak samo jak z tymi napisami będzie z całym filmem. Żeby była jasność. Mówimy o "Enter the Void", nowym obrazie Gaspara Noe.

Proszę Państwa, już dawno moje oczy nie widziały takich rzeczy! Przez pierwsze 45 minut dostajemy ostrą jazdę, bez jakichkolwiek hamulców. Nie liczcie na to, że będzie lekko, czysto i banalnie. O nie, tak nie będzie na pewno.

Głównym bohaterem filmu jest Oscar, diler narkotyków. Akcja osadzona jest w Tokio. Wszystko dzieje się głównie nocą, a widz zostaje wrzucony w głowę Oscara, który raczej się nie oszczędza. Mamy zatem okazję przeżyć razem z nim mocne narkotyczne stany, których w kinie jeszcze chyba nikt, tak jak Noe nie zwizualizował. Poruszamy się więc razem z Oscarem po brudnych uliczkach Tokio, wchodzimy do obskurnych klubów, gdzie pot i sperma aż kapią ze ścian, poznajemy jego siostrę, tancerkę w jednym z takich miejsc, palimy z nim wreszcie jakiś dziwny stuff, zwany DMT, a potem wędrujemy po meandrach jego zupełnie odmienionego umysłu, w którym zamiast rzeczywistych obiektów, widzimy tylko zmieniające się i przechodzące jedne w drugie fraktale.

Oczywiście jest to wędrówka po równi pochyłej. Zdajemy sobie sprawę, że cała ta wycieczka nie będzie miała happy endu. Na samym początku zresztą Noe sugeruje widzowi, do czego można będzie jego film odnosić. Otóż Oscar czyta pożyczoną od przyjaciela "Tybetańską Księgę Umarłych", kiedy więc zostaje postrzelony przy próbie dostarczenia narkotyków kumplowi, następuje totalna zmiana perspektywy. Kamera wychodzi z ciała Oscara, zostawia go na zakrwawionej podłodze i wciela się w "ducha", czy jakkolwiek nazwiemy to coś, czym staje się Oscar po śmierci.

Nie przypadła mi do gustu ta prosta wykładnia, jakoby Oscar miał w drugiej części filmu przechodzić pewien proces, nazwijmy to "dojrzewania" ducha, w którym musiałby realizować daną wcześniej siostrze obietnicę, że nie zostawi jej nawet po śmierci i będzie zawsze nad nią czuwał. Nie przekonał mnie cały ten szafaż buddyjski, wędrówka duszy w przestrzeni i w czasie, jako oczyszczenie z naleciałości doczesnego życia. Zostawiając jednak całą tą otoczkę, muszę niestety stwierdzić, że druga połowa filmu była strasznie nudna. Mimo zabiegów, w których reżyser chce nam pokazać świat z innej, niż ta do której przywykliśmy perspektywy, cała historia wlecze się niemożebnie i nic z niej tak naprawdę nie wynika.

Film był, jak dla mnie zdecydowanie za długi. Oglądanie "Enter the Void" było jak droga na wyboistą i stromą górę, ciężkie i mozolne. To film dla wytrwałych. Trzeba się nastawić na odbiór potężnej dawki wizualnych, trudnych czasem do zniesienia bodźców. Świdrująca kamera, brudne kadry, transowa muzyka, podprogowe, migoczące światła. Ciężko się po seansie otrząsnąć. A jednak mimo wszystko, moim zdaniem warto się z "Enter The Void" zmierzyć, bo mało jest już dziś reżyserów, którzy serwują nam w swoich filmach, tak osobisty, odręczny wręcz charakter pisma. Mało tak odważnych i bezkompromisowych twórców, którzy za nic mają sobie przyzwyczajenia widzów. Jeśli się zatem zdecydujesz na tę wycieczkę w próżnię, weź przed seansem głęboki oddech i nie pal wczesniej DMT, proszę!

piątek, 21 stycznia 2011

Kobiety na skraju.

Pamiętacie "Wstręt" Polańskiego, Carol Ledoux i jej umysł w stanie rozkładu? Pamiętacie duszną atmosferę tego filmu? Hipnotyczne, klaustrofobiczne ujęcia? A widzieliście "Pianistkę" Michaela Haneke? Erikę Kohut i jej sadomasochistyczne obsesje oraz chorą więź z Matką-Tyranem? Lubię oba te filmy, lubię wyraziste postacie skrzywionych kobiet, złamanych wewnętrznie, miotających się i walczących same z sobą...

Nina Sayers. Balerina, w jednym z najlepszych zespołów baletowych w Nowym Yorku. Zostaje poddana próbie. Być może dostanie rolę Królowej Łabędzi, w "The Swan Lake", ale czy będzie w stanie wcielić się w Czarnego Łabędzia? Czy udźwignie ciężar przemiany?

Aronofsky po raz kolejny robi to, co potrafi najlepiej - tworzy dosadne kino, łączy w jednym kotle różne gatunki, miesza je z sobą i wysmaża na koniec wysokokaloryczne danie. Kamera podąża za Niną niemal wszędzie, towarzyszy jej w każdej, nawet najbardziej błahej czynności. Ćwiczenia, ciągłe ćwiczenia, dążenie do perfekcji. Tylko tak można coś osiągnąć. Nina to wie. Ale czy do wszystkiego można dojść samemu nadludzkim wręcz wysiłkiem? Czy gdzieś nie przekroczy się granicy, której przekraczać się już nie powinno? Czy Nina wyrwie się wreszcie z klatki, w której zamknęła ją Matka? Czy opuści swój infantylny, różowy, pełen pluszowych miśków i króliczków pokój? Czy zmierzy się z Sobowtórem?

Carol u Polańskiego, dotknięta "wstrętem", panicznie bojąca się mężczyzn, dryfuje w stronę totalnego obłędu. Erika w "Pianistce" podcina sobie żyletką wargi sromowe, śni o kneblach, sznurach i rozkoszuje się bólem. Podobnie jak Carol dryfuje Nina. "Rozluźnij się" - mówi jej Nauczyciel, "popieść się, pobaw się sobą dziś wieczorem". Giętkie ciało baletnicy kontra spętana normami moralność. Czego boi się balerina? Mężczyzn, seksu, a może braku kontroli, zatracenia? Czemu jej atrybutami w "Czarnym Łabędziu" są pilnik, szminka i nożyczki? Jak blisko Ninie do Eriki?

"Czarny Łabędź" to doświadczenie kina w czystej postaci. Piękno teatralnego spektaklu, momentami wręcz doskonałe zespojenie obrazu z muzyką, świetna praca kamery, wirującej w tańcu, razem z Niną. Dreszczowiec, czarna baśń i horror łączą się z sobą, tworząc rewelacyjne widowisko. Im bliżej finału, tym robi się duszniej, mroczniej. Ostatnie sceny pokazują jak daleką drogę przeszła anorektyczna Natalie Portman. Jak wiele wysiłku musiało ją kosztować zmierzenie się z tą rolą. Rolą na miarę Oscara?
"Czarny Łabędź" to film dosadny i mocny, trzymający w napięciu, niepokojący, do obejrzenia kilkukrotnie, bo najlepsze smaczki nie są widoczne od razu, a refleksja nie przychodzi natychmiast. Film totalny?


Carol Ledoux, Erika Kohut, Nina Sayers. Trzy siostry. Trzy oblicza szaleństwa. Czy odważysz się zmierzyć z nimi wszystkimi?

wtorek, 28 grudnia 2010

Zabawa w słonia.

Wciąż przed obiecaną dyskusją "face2face" z Gapminded, ale tuż po trzecim seansie "Exit Through The Gift Shop" ,który zapodałem sobie dziś rano, wreszcie czuję się gotowy, żeby jakoś poukładać ten bałagan, który film Banksy'ego zrobił mi w głowie. Oto kilka wątków, które muszę tu zanotować, żeby o nich nie zapomnieć...

1. "Wyjście przez sklep z pamiątkami", z akcentem na "wyjście"? Wyjście z cienia? Odkrycie skrywanej tożsamości? Ujawnienie się? Nic z tych rzeczy. A jeśli akcent powinien paść na "sklepy z pamiątkami", w których to reprodukcji prac Banksiego wszędzie pełno. A może kolejna ucieczka po prostu? Z szufladki, w którą już zdążyliśmy Banksy'ego włożyć? Arysta, rewolucjonista, geniusz. Banksy to, Banksy tamto. Bla Bla bla. Rzygać się od tego chce. Co zatem na to sam zainteresowany?

2. "To miał być film dokumentalny o mnie" - mówi zakapturzony Bansky na samym początku - "Ale on okazał się o wiele ciekawszy, więc to raczej film o nim". Ja i On. Banksy i Mr. Brainwash. Czyli Banksy nie kręci filmu o sobie? A może jednak? Czy Brainwash to nie alter ego Banksy'ego? A może alter ego całego ruchu zwanego streetart? W końcu wszyscy stretartowcy, jak twierdzi Thierry Guetta, mówią o jednym, o praniu mózgu właśnie. Kiedy Banksy na wystawie "Barely Legal" posród wielu swoich ważnych prac, umieszcza pomalowanego na różowo słonia, to po co to robi? Żeby zagrać nam na nosie i pokazać, jak łatwo odwrócić dziś uwagę mediów od spraw istotnych, jak łatwo zrobić cyrk! Bo jedyne, o czym mówić będą media to ten różowy słoń. Tylko on ostatecznie zostanie zapamiętany. Może zatem zrobić cyrk filmowy? Może nadmuchać kolejny balon, kolejnego "różowego słonia", nazwać go "MBW" - "Mr. Brainwash" i po raz wtóry zrobić nas wszystkich w trąbę?

3. Przecież Thierry/Mr. Barinwash sam mówi o sobie : "Jestem jak jakiś duch", a tworzony przeze mnie dokument naprawdę "nie istnieje". "Nigdy nie obejrzę tych taśm do końca". Jedyne co jestem w stanie stworzyć, to "nienadający się do oglądania koszmar"! Bo "sztuka jest żartem", mówi Banksy-Mr. Brainwash, by za chwilę ustami innego z bohaterów filmu powiedzieć - "Nawet nie wiem, czy Mr. Bainwash to był żart". Czym więc jest "Wyjście przez sklep z pamiątkami"?. Prowokacją? Mistyfikacją? Zmyślenniem? Produkcją kogoś z problemami psychicznymi, jak w którymś momencie określa "dzieło" Brainwasha Banksy? A może grą z odbiorcą? Zabawą w kotka i myszkę? Ucieczką z Szuflandii?

4. Banksy - reżyser, twórca filmowy, dokumentalista? A może spryciarz, który znalazł się w samym oku cyklonu, o odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu? Ktoś kto patrzy, obserwuje i wyciąga umiejętne wnioski? Ktoś, kto wie, jak łatwo jest nas wszystkich zrobić w balona? Podłożyć nam pod oczy wielkiego, różowego słonia...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Przygodowy Klub Filmowy.

Jako, że w ostatnim czasie stałem się członkiem paru klubów, w tym Klubu Książkowego, (gdzie należy książki czytać, a potem się spotykać, żeby o nich dyskutować), oraz KMM, czyli Klubu Masy Mięsniowej;) (gdzie też należy się spotykać, tyle że w innym miejscu i dbać raczej o hart ciała, aniżeli ducha), postanowiłem założyć również swój własny klub, którego nie tylko będę członkiem, ale również Ojcem Założycielem. Tak oto narodził się pomysł "The Goonies" - Przygodowego Klubu Filmowego, który ruszyć ma w tym tygodniu. Przygodowy, bo wiadomo, wypieki na twarzy i podwyższona temperatura ciała, czyli wszystko to, co towarzyszyło pewnie niejednemu z Was w czasie pierwszych seansy kinowych za małolata. Pamiętacie "Willow", "E.T", "Niekończącą się Opowieść", "Indiana Jones", "Ciemny Kryształ", czy "The Goonies" właśnie? Może uda się te emocje jeszcze wskrzesić?

Ustawiłem już wydarzenie na fejsbuku, bo czego nie ma na fejsie, tego ponoć nie ma w ogóle. Także poszło info w świat. Czekam na odzew ze strony zaproszonych gości. Będzie pewnie jakieś żarcie, tudzież alk, a potem dyskusja. Przynajmniej na to liczę.

Wybrałem ostatni film Chan Wook Parka, "I'm a Cyborg but this is OK". Mam nadzieję, że nikt go nie widział jeszcze... Następne filmy będziemy już pewnie wybierać wspólnie.

"Idea zacna", napisał mi właśnie O. Oby pomysł nie spalił na panewce. Towarzysze broni, pomożecie?

Zatem "ruszamy ku nowej przygodzie", jak to zwykł mawiać Pan Kleks. W ten weekend, na Kościuszki, w Gdańsku. Kto chętny, niech przybywa!

Zapraszam!

środa, 8 grudnia 2010

Jak autobusy.

Czasem bywam "samotnym mężczyzną". Czasem widzę soczyste, nasycone barwy, a kiedy indziej blednieje mi cały świat. Ten prosty zabieg filmowy, wyostrzenia kolorów buduje genialny film Toma Forda "A Single Man". To wizualny majstersztyk. Przyznam szczerze, że długo zwlekałem z jego obejrzeniem. Trailer wydawał mi się pretensjonalny, temat mdły i oklepany. I nawet Julianne Moore nie skłoniła mnie do wciśnięcia przycisku "play". Zupełnie niepotrzebne były moje obawy i teraz mi głupio. Bo film okazał się znakomity. Co więcej pobił w rankingu moich prywatnych perełek "wizualnych" tegoroczne "Wyśnione miłości" Xaviera Dolana. Julianne Moore była, jak zwykle zresztą, rewelacyjna. Tylko ona potrafi tak fajnie w filmie nic nie robić. Palić papierosy i użalać się nad sobą. A w tym nic nierobieniu jest przecież wszystko. Samotnosć, nuda, strata, maskowanie się, gorycz i ból. Moore to moja ulubiona aktorka, obok Tildy Swinton i Meryl Streep jest jedną z tych, które potrafią zagrać każdą rolę a im strasze, tym są lepsze. Colin Firth natomiast... No cóż, to chyba nie będzie przesada, jeśli napiszę, że prawdopodbnie to jego "życiowa" rola. No i muzyka Abla Korzeniowskiego, która oprócz kolorów stwarza klimat tego filmu. Jest jeszcze design rodem z lat 60-siątych i stroje bohaterów, ale te wiadomo, jak to u projektanta, dopieszczone są w każdym calu. Ostatecznie jest to film bardziej do oglądania niż przeżywania, ale jak na debiut filmowy to i tak wiele. "Samotny mężczyzna" jest estetycznym arcydziełem. Z mocno ironicznym zakończeniem. Bardziej dla malkontentów i wrażliwców. Chociaż, czy ja wiem? Może to film dla każdego, w kim zabrzmiała kiedyś "złamana" nuta?

"Kochankowie są jak autobusy. Prędzej czy później przyjedzie następny" - mówi ucharakteryzowany na Jamesa Deana jeden z bohaterów filmu. Czy aby na pewno? A co jeśli autobus, który właśnie nam uciekł, był tym ostatnim?

czwartek, 25 listopada 2010

They call him Machete. Czyli 10 powodów, dla których warto zobaczyć nowy film Rodrigueza.

Po pierwsze: Ponad 50 wyciętych w pień ludzkich istnień (czy ktoś naliczył więcej?), flaki walające sie po ekranie, mięso, mięso i jeszcze raz mięso. A do tego scena z jelitem, która przejdzie zapewne do historii kina. Po drugie: Zemsta. Wiadomo, bez niej nie ma dobrej motywacji do zabijania. Mszczą się zatem wszyscy. Bóg jest litościwy. Bohaterowie "Maczety" zdecydowanie nie. Po trzecie: sceny w kościele. Krzyż monitoringu, "kubańskie" cygara, i jedna z najlepszych kwestii w kinie, jakie ostatnio słyszałem: "I absolve you for all of your sins. Now get the fuck out." Po czwarte: Michelle Rodriguez. Ciało absolutnie fantastyczne. Kobieta, która wygląda jakby urodziła się ze spluwą w dłoni. Czy Was też podnieca ta opaska na oku? Po piąte: Zabójstwo Torreza - mistrzostwo świata. Steven Seagal popełnia harakiri na swoim pielęgnowanym od lat wizerunku scenicznym. Piękne sprawa. Po szóste: Sista Pistola czyli Lindsay Lohan, grająca samą siebie. Córeczka tatusia, przyjmująca wszystko, co się da wciągnąć przez nos. Niegrzeczna smarkula. Muszę przyznać, że ładnie jej w habicie. Po siódme: Don Johnson, czyli skurwiony "Policjant z Miami". Pięknie się zestrzał i okazuje się, ze może mieć jeszcze w kinie wiele do powiedzenia. Po ósme: Przerażająco brzydki Danny Trejo. Życiowa rola. Mało mówi, dużo macha ostrymi narzędziami. I nie esemesuje. Po dziewiąte: Koniecznie trzeba zobaczyć, co się stanie, kiedy zadrzesz z niewłaściwym Meksykaninem. I po dziesiąte, ostatnie: Maczeta nie jest osobą, jest mitem. I jak każdy superbohater powróci. Dwukrotnie.

Ciąg dalszy musi nastąpić.

niedziela, 14 listopada 2010

Faster, Pussycat! Kill! Kill!

Kolejna edycja "Najgorszych Filmów Świata" przeszła do historii. I znowu sukces! Tym razem numero uno zostaje "Szybciej koteczku! Zabij, zabij!" film nie tyle zły, ile kuriozalny, ale też wyprzedzający swoje czasy, dziś będący inspiracją dla wielu sesji zdjęciowych, ale także dla innych reżyserów. Dla Johna Watersa, który twierdzi, że "Faster, Pussycat" to najlepszy film, jaki widział, czy dla Quentina Tarnatino, który zamierza ponoć nakręcić własną wersję kultowego już dzieła. "Szybciej koteczku! Zabij, zabij!" to film o ostrych kobietach, tancerkach klubu go go, które wyruszają w drogę. Ich przywódczyni, Varla, grana prez dumną posiadaczkę biustu 36D, Turę Satanę to sadystka. Uwielbia bić i poniżać mężczyzn. Jest bezwzględna, nosi czarny lateksowy kostium i jeździ szybkim samochodem. Rosie jest nimfomanką, uwielbia muskuły, ostry seks i rywalizuje z najbardziej z całej trójki skrytą, szukającą miłości, Billie. Reżyserem filmu był Russ Meyer, specjalizujący się głównie w filmach porno. "Faster, Pussycat! Kill! Kill!" nakręcono w 1965,a dziś, gdy się go ogląda, jeśliby obedrzeć go z absurdalnej akcji i dialogów, to ma się wrażenie, że pozostaje jedynie wielki, męski fantazmat, tak rzadko ucieleśniany w kinie, kobiety - potwora, "beautiful animal", "wonder woman", srogiej i zabójczej Dominy, z łatwością dającej radę mężczyzną. Zresztą faceci w "Szybciej koteczku! Zabij, zabij!" są wyjątkowo słabi, co też bardzo przybliża film Meyera do współczesnych produkcji. Dziś np. ogłądałem "500 dni na miłość", w którym główny bohater zachowywał się irracjonalnie, kierował się emocjami, wierzył w przeznaczenie zapisane gdzieś "w gwiazdach", a życiowych rad szukał u koleżanki, mającej na moje oko, lat 10! Masakra! Czy tak ma wyglądać "samiec alfa" anno domini 2010? Jeśli tak, to kobiety jednak górą!

wtorek, 2 listopada 2010

Kinematograf. Październik 2010.

Strasznie dużo dobrych filmów widziałem w ostatnim miesiącu. W większości przypadków były to znakomicie zainwestowane półtorej godziny. Oto niektóre z nich:

1. Fantastyczny Pan Lis. Poklatka od Wesa Andersona, w iście andersonowskim stylu, z mocno sarkastycznym, typowym dla niego humorem i powtórzonym schematem z poprzednich filmów. Jeden z członków rodziny znowu szuka akceptacji u swoich rodziców. Tym razem mamy jednak rodzinę Lisów, którzy są bardziej ludzcy niż się Wam wydaje. Tak więc mamy fantastycznego pana lisa, fantasyczną mamę lisicę i mniej fantastycznego, trochę nieudolnego, synka - liska, który dla większej wyrazistości zostaje jeszcze skonfrontowany z "super-kuzynem", któremu wszystko się udaje, który jest nieprzeciętny, nadzwyczaj sprawny fizycznie, i który ma powodzenie u płci przeciwnej. Uh la la - Anderson ma tu się w czym wykazać. Film jest cudowny, pięknie opowiedziany, zajebiście sfotografowany i mega śmieszny. A do tego jeszcze głosów głównej parze Lisów użyczyli George Clooney i Meryl Streep...



2. Jestem miłością. Włoski dramat utrzymany w stylu "szkoły starych mistrzów", o czym przekonuje już czołówka, jakby żywcem wyjęta z filmu np. Felliniego. Historia rodu Recchich, w której jedną z najbarwniejszych postaci jest Emma, rosyjska imigrantka, żona głowy rodziny. W pustym i nudnym życiu Emmy pojawia się nagle niezwykły mężczyzna, przyjaciela jej syna, Antonio, który uwodzi ją swoją kuchnią i pociągiem do życia. Film warto obejrzeć dla zdjęć, które są niebanalne, przesiąknięte poezją... Ale przede wszystkim dla Tildy Swinton, która odgrywa tu jedną ze swoich najważniejszych ról. Kobiety, która budzi się do życia z letargu, z zamknięcia, z pustki, ze szklanej pułapki. Swinton jest jak wino, coraz lepsza i coraz piękniejsza, dojrzalsza. Cała historia niepotrzebnie zmierza do zbyt melodramatycznego końca, ale nie dla fabuły polecam ten film, ale raczej dla szczególnego, tak rzadkiego dzisiaj w kinie klimatu "czarowania obrazem"...



3. Kręgosłup diabła. W Halloween szukałem w TV jakiegoś ciekawego filmu grozy i trafiłem w "Ale Kino!" na "Kręgosłup diabła" Guillero del Torro, poprzednika "Labiryntu Fauna", a ponieważ wielkim fanem "Labiryntu" jestem to zasiadłem przed ekran z wypiekami na twarzy. I się nie zawiodłem. Oba filmy mają podobną strukturę, w obu głównym bohaterem jest dziecko, które zostaje skonfrontowane ze światem dorosłych i z brutalną, otaczającą go rzeczywistością. Jest wojna, rok 1939, sierociniec, na który spada bomba, ale na szczęści nie wybucha i jako ponury znak, symbol, tkwi pośrodku spacerniaka, przypominając o zagładzie, jaka rozgrywa się wokół. Chłopcy, pochłonięci swoimi zabawami, odkrywają obecność dziwnej istoty, ducha, z której głowy sączy się krew... Nie będę Wam zdradzał zabawy. Film jest przedni w swoim gatunku, dobrze zagrany, a przede wszystkim mocno trzymający w napięciu... Klasa.



4. Droga. Czekałem na ten film w zeszłym roku i nie doczekałem się. Byłem pod ogromnym wrażeniem książki Cormaca MacCarthy'ego, na podstawie której film powstał. Lubię jego prozę, za zderzenie brutalności sytuacji, które opisuje i poetyckiego języka, jakim to robi. "Droga" jest prawie tak dobra, jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" Coenów, z tym że opowiada o zupełnie innym świecie, bo opowiada o przyszłości. Świat umiera, zwięrzęta wymarły, nad horyzontem ciągle wiszą zwaliste chmury, rośliny już nie rosną, walą się zeschnięte drzewa, a ludzie zdziczeli totalnie i zjadają siebie nawzajem. W takiej scenerii ojciec i syn, "nios ący światło", wyruszają w beznadziejną i skazaną na niepowodzenie podróż na południe, w poszukiwaniu resztek życia... Mocny, grający na emocjach film, świetnie pokazujący relację ojciec - syn, z pięknymi zdjęciami, bardzo dobrą muzyką Nica Cave'a i świetnymi rolami Viggo Mortensena i młodziutkiego Kodi'ego Smit-McPhee. Naprawdę warto zabaczyć.

czwartek, 14 października 2010

Human after all.

OK, jestem już po seansie "Social Network", przychodzę do domu i co robię? Wchodzę na facebooka. I sprawdzam, czy ktoś ze znajomych wrzucił już commenta z wrażeniami z filmu. Nie wrzucił. Jeszcze chyba nikt nie dotarł do domu...

Generalnie fejsbook rządzi. O nowym filmie Davida Finchera dowiedziałem się oczywiscie z fejsa, trailer też po raz pierwszy zauważyłem na fejsie, po tym, jak wrzucił go ktoś z moich mniej lub bardziej znajomych. Śmieję się w głos, że na seans nie wpuszczali tych, co nie mieli jeszcze konta, a przed projekcją niekoronowana królowa portalu miała wygłosić swoją prelekcję, ale nie wygłosiła, bo nie dotarła. Utknęła. W sieci oczywiście.

"Social Network" to solidne kino. Ponoć fabuła opowiedziana w filmie jest nieprawdziwa. Nieważne, bo wciąga. Fincher wycisnął z tej historyjki wszystko, co można było wycisnąć. Gdzieś w tle zobrazował jeszcze środowisko amerykanśkich studentów i zrobił to wyjątkowo sprawnie. Postaci są krwiste, dialogi dowcipne i soczyste. Eisenberg w roli twórcy fejsa jest cyniczny do szpiku i gra fantastycznie. Jest dużo, dużo lepszy niż się spodziewałem... I co? Czy Fincher nakręcił w związku z tym swój najlepszy film? Hmmm... Nie posunąłbym się tak daleko. Ale jest coś, co mi się w "Social Network" bardzo podobało. Bo to film anty-fejsbukowy. Bo czym jest w zasadzie ostatnia scena? Jeśli nie obnażeniem idei? Co robi Zuckenberg, kiedy godzinami ślęczy nad swoim laptopem? Pisze skomplikowane algorytmy, tworzy aplikacje? Przecież od tego ma ludzi... "Wkręcił się" - mówią o tym stanie inni bohaterowie. "Wkręcony" Zuckenberg po prostu...

Czekanie na odpowiedź, czekanie na akceptację, czekanie na to, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać. Żeby było mocniej, silniej, treściwiej. Życie w zawieszeniu...


Właśnie w takim stanie trwa Zuckenberg i całe pokolenie fejsbooka, co Fincher wykłada jak kawę na ławę, siermiężnie, nie bojąc się oskarzeń o prostotę przekazu. Podobnie, ale o wiele subtelniej, pomiędzy wysmakowanymi kadrami i przepiękną muzyką wypowiada się Xavier Dolan w "Wyśnionych miłościach". A właściwie w "Miłościach wyobrażonych". Tu bohaterowie żyją złudzeniami, coś im się tylko wydaje, coś im się łudzi, bo nie potrafią o tym porozmawiać, nie potrafią, tak po prostu, mówić o swoich uczuciach, a przecież, jak powie jedna z bohaterek "wiedzą o sobie wszystko". Z fejsbuka i innych portali właśnie. Śledzą siebie, swoje poczynania, obserwują, wnioskują, ale boją sie konfrontacji, zbliżenia, cielesności. Wolą onanizować się wąchając koszule obiektu swojej wyobrażonej miłości, bo prawda, jakakolwiek by nie była, ich przeraża...

Dobrze się ogląda te dwa filmy, jeden po drugim, zestawione ze sobą. Pozornie nie mają one ze sobą nic wspólnego, jeśli jednak przyjrzeć się bliżej...Fincher w zawrotnym tempie opowiada historyjkę z życia twórcy fenomenu naszego wieku, a Dolan, zaledwie 21-latek, sam tkwiący głęboko w pokoleniu fejsa, pomiędzy dawkowanymi oszczędnie słowami, uwidacznia zmiany, jakich fejsbook dokonuje w świadomości młodych ludzi. Nie jest z nami aż tak źle? W końcu możemy jeszcze wyjechać na wieś, usmażyć marschmellows na grillu i razem je zjeść. Możemy przecież śmiać się z tego samego, upijać się, kontemplować sztukę, obdarowywać się prezentami. I co z tego? Jeśli na koniec i tak, w samotności, usiądziemy przed monitorem i będziemy odswieżać swoje profile, aż wysłane przed chwilą zaproszenie zaakceptuje ktoś, na kim najbardziej nam zależy...

czwartek, 5 sierpnia 2010

Zagubieni w snach.

Czytałem ostatnio wywiad z Krzysztofem Vargą w jakiejś starej "Machinie", w którym zachwycał się on serialem "Lost". Czekał z niecierpliowścią na sezon 6, bo jak twierdził, straszliwie się tym serialem zajarał. Ja swego czasu zresztą też. Varga mówił dalej, że "Lost" jest ważnym dziełem w kulturze, bo łączy w sobie różne odmiany filmów i mieli wszystko w jednym kotle. Jednak to, co w serialu najlepsze, i tu się z Vargą zgodzić muszę, to niesamowite kreacje bohaterów, które zachwycają bardziej, niż wszystkie inne serialowe fajerwerki, w tym zjawiska cudaczne, dziwne i paranormalne. Jestem już dawno po szóstym sezonie i po długo wyczekiwanym zakończeniu, które wcale mnie nie powaliło na kolana, a raczej rozczarowało. Puenta "Lost" była bowiem cienka, jak barszcz. Bohaterowie w końcówce zachowywali się conajmniej dziwnie, ale nie ma sensu teraz tego roztrząsać. "Lost" i tak zostaną pewnie przez niektóre media okrzyknięte kultowym serialem pokolenia, co na wielu, w tym również na mnie, nie zrobi żadnego wrażenia.

Po co piszę o "Zagubionych" właśnie teraz? Bo przypomniał mi się ten serial, gdy poszedłem w zeszłym tygodniu do kina, a dokładniej przypomniał mi się po seansie nowego filmu Christophera Nolana - "Incepcja". Mam trochę z tym filmem tak, jak z rzeczonym serialem. Niby mi się wszystko podoba, bo jest dość dobra fabuła (choć momentami grubymi nićmi szyta). Jest filmowy labirynt, po którym niejeden widz poruszać się będzie z przyjemnością, są ciekawie zagrane role, doskonali aktorzy drugoplanowi, świetna, monumentalna, ale nie przyciężka muza, znakomite efekty, słowem "Incepcja" to naprawdę dobry film rozrywkowy. A jednak oczekiwałem czegoś więcej. Bo taka tematyka, podróż w snach po to, by zaszczepić w psychice człowieka pewną ideę, która może potem całkowicie zmienić jego życie, mogła być naprawdę ciekawiej rozwinięta. Ba, mogła być niesamowita, przerażająca. Przecież schodzenie w coraz niższe warstwy snu, te które obrazują wypierane na jawie myśli i zdarzenia, mogło być filmowym majstersztykiem, gdyby Nolanowi nie zabrakło trochę odwagi. Powstał film dobry, ale letni, a mógł być niebanalny, niepowtrzalny, bo w Hollywood rzadko robi się filmy, które prawie w całości dzieją się w świecie snu. Dlatego w "Incepcji", tak jak i w "Lost", najmocniejsi pozostają bohaterowie, szczególnie ci drugoplanowi, jak żona Dom'a, grana w filmie przez re-we-la-cy-jną Marion Cotilliard (!), czy bardzo ciekawa postać architekt snów grana przez świetnie zapowiadającą się Eillen Page. Zarówno finał "Lost", jak i finał "Incepcji" pozostawił mnie z pytaniem, po co było ciągnąć akcję tak długo, aż do "tego" momentu, po co było tak nakręcać spiralę zdarzeń? Dlatego może czasami lepiej nic nie oczekiwać, bo przecież dzisiaj w post-popkulturze przemielone zostało już wszystko i naprawdę rzadko można widza czymś niesamowitym zaskoczyć. Ani "Incepcja", ani finał "Lost" nie wywiązali się z tego zadania. Jest dobrze - można powiedzieć - a miało być tak pięknie...

środa, 14 lipca 2010

Dzikie Stwory już tu są!

Po raz pierwszy pisałem o nich na blogu tutaj. Dzikie Stwory miały się pojawić w kinie w listopadzie. Nie pojawiły się. Film Spike Jonze'a nie wszedł do polskich kin, został wydany tylko na DVD. To nie pierwszy i nie ostatni raz, że filmy, na które czekałem z niecierpliwością, w końcu na ekrany nie wchodzą. Zamiast nich promuje się inne, puste i miałkie gnioty. Ale takie już czasy, nie ma co narzekać. Trzeba się cieszyć, że są jeszcze w Polsce ciekawe filmowe festiwale, gdzie można zobaczyć w pełni autorskie, oryginalne kino. Takim festiwalem jest z pewnością "Sopot Film Festival", którego autorzy w pełni sezonu, w najbardziej lansiarskim z kurortów zdecydowali się wyświetlać filmy niszowe, mało znane, za to genialnie opowiedziane i wyreżyserowane. A takim z pewnością jest "Where the wild things are".

Wczoraj padało i to mocno, ale nic nie było w stanie spowodować żebym został w domu. Musiałem zobaczyć Carol, KW, Judith i Irę. I zobaczyłem. Jestem w pełni usatysfakcjonowany, bo na taki film właśnie liczyłem. Wizualnie - cudowny. Stwory niczym z Hansona, mało obróbki komputerowej, klimat "oldschoolowy". Historyjka - prosta, ale ujmująca. Muzyka - rewelacyjna, doskonale oddająca klimat całości. Lubię dziwne, pojechane filmy dla "dzieci-nie-dzieci". Lubię wyobraźnię Spike'a Jonze'a. Wszystko zadziałało tak, jak powinno. Dzikie Stwory pozamiatały. Numer jeden to dwie sowy - Bob & Terry. Nie będę o nich nic pisał. Zobaczcie ten film, chociażby dla nich. Gwarantuję, że będziecie mieć ubaw po pachy, a potem jeśli tylko macie wyobraźnię - będziecie mieć również dziwaczne sny;)

I jeszcze jedno. Pamiętam, kiedy miałem 9 lat i byłem w kinie na "Willow". Pamiętam że ani razu nie poruszyłem się w trakcie seansu, byłem jak zaczarowany, wpadłem w trans. Myślę sobie, że te same emocje mogłyby towarzyszyć współczesnym dzieciakom przy oglądaniu "Where the wild things are". Gdyby tylko miały możliwość zobaczenia tego filmu w kinie, gdzie magia jest zawsze większa, bo wiadomo przecież nie od dziś, że mimo iż boimy się ciemności, to również ją kochamy. Bo w ciemności zdarza się wszystko to, co najfajniejsze.

Where The Wild Things Are [music by Joel O'Neill] from Joel O'Neill on Vimeo.

czwartek, 24 czerwca 2010

I am am I who I am?

Trochę się przecież dzieje wokół, lato się zaczęło, a na blogu cisza... Przyczyna? Nie chce mi się po prostu. Przyznaję się. Nie mogę się zmusić do jakiejś w miarę sensownej wypowiedzi. Dużo sobie dumam. Ale pisać mi się nie chce. I tyle. Dumam sobie na przykład, o tym, że chyba już jestem trochę stary, bo mnie na festiwale tak jak kiedyś nie ciągnie. Słucham sobie Hot Chip i myślę, że fajnie by było ich zobaczyć na żywo, ale... Kiedyś nie było ale, kiedyś się szło, tańczyło pod sceną, piwo piło, jointy jarało i w ogóle zło. A teraz... No cóż, prawda jest taka, że dzieciaki z Openera już trochę podrosły, ale i sam Opener zmienił się mocno, trafiając w starszego i mniej poszukującego klienta. Nie odpuszczę jednak Audioriver, choć też w tym roku line up dupy nie urywa. Cieszy mnie Four Tet, Simian Mobile Disco, Metro Area, Laurent Garnier, Ellen Allien, ale jakoś po gaciach ze szczęścia nie sikam. Pojechałbym na Tauron Nowa Muzyka, gdzie zagra np. Bonobo, King Midas Sound i Pantha Du Prince, ale mi termin nie pasuje, bo w tym czasie planuję inne, ważne w moim życiu wydarzenie, jakim będzie wieczór kawalerski:) Oprócz tego dumania czasem człowiek zrobi to lub tamto. Pójdzie do kina na przykład, chociaż wyjdzie z bolącą głową, bo jak można filmem nazwać taki rzyg, jakim z pewnością jest "Istota". Film straszny, w 20 ostatnich minutach przyprawaijący o mdłości. Litości! Znowu narzekam. Może odtrutka w postaci nowych Coenów pomoże... Zobaczymy już dziś wieczorem. Muzycznie też jest przecież niby dobrze. Sporo jest do obczajenia, mieliśmy wysyp dobrych albumów i nawet The Chemicals Brothers nagrali wreszcie dobry album na miarę "Dig your own hole"... Gdzieś w tak zwanym międzyczasie Dapayk świętował swoją dekadę, Metaform popłynął w innym kierunku, Onra pięknie poeksperymentował, a Anthony Rother nagrał sequela "Popkillera"... Również w międzyczasie był w Gdańsku Caribou, który zagrał w fatalnie nagłośnionej hali Stoczni i choć koncert był transowy i mocno "uzależniający", to przez to nagłośnienie jego odbiór był jednak mocno zakłócony. A za chwilę w tej samej sali zagra Dj Shadow... Jest dobrze, czy ciągły niedosyt? Nienasycenie? Taki mi z tego pisania bez tematu, bez ładu i składu wyszedł post marudzący i słodko pierdzący. Ale taki mam nastrój dziś. Niby wszystko gra jak powinno, a jednak gdzieś coś fałszuje. Gdzie ta fałszywa nuta, no gdzie? We mnie, w tobie, wewnątrz, na zewnątrz, tuż obok?

czwartek, 10 czerwca 2010

Cries and Whispers.

Ponieważ w kinie nie grają nic fajnego (dlaczego wciąż nie odbyła się u nas premiera nowego filmu braci Coen?), zacząłem sięgać do starych filmów, a ostatnio kupiłem sobie "Szepty i krzyki" Bergmana, którego wcześniej widziałem tylko "Personę" i "Tam, gdzie rosną poziomki". Muszę powiedzieć, że "Szepty i krzyki" zrobiły na mnie kolosalne wrażenie, to jeden z tych filmów, po obejrzeniu którego nie można ot tak sobie przejść do porządku dziennego. Historia trzech sióstr, zamkniętych w opływającej w czerwień rezydencji, rozgrywająca się na początku XX wieku, jest tak sugestywna, że obejrzenie jej dla niektórych może być, ostrzegam, zbyt trudne. Gdy najstarsza siostra kona w długiej agonii, dwie pozostałe nie potrafią się odnaleźć w tej sytuacji, obce wobec siebie i wobec umierającej, snują się po domu rozpamiętując swoją przeszłość. Wychowane przez matkę, marzycielkę, nie potrafią radzić sobie z życiem. Maria, niegdyś flirtująca z mężczyznami, dziś pełna żalu i wyrachowania oraz Karin, panicznie bojąca się kontaktu z drugim człowiekiem, odnajdująca ukojenie tylko w bólu, zimna, skostniała, zastygła w konwenansach. W tym okrutnym domu tylko służąca Anna ma jeszcze ludzie odruchy, tylko ona potrafi ukoić umierającą w męczarniach najstarszą Agnes. To, co dzieje się w trakcie filmu przyprawić może o potężny ból głowy. Tytułowe krzyki, wydobywające się z gardła umarłej, oraz szepty kłamstw, i ściszone łkania, zawodzenia, a nawet stłumione wycie, okaleczającej samą siebie Karin, pozostają w głowie jeszcze bardzo długo. Do tego jeszcze wiodąca barwa filmu, wylewający się z ekranu kolor czerwony, na tle którego poruszają się ubrane w biel lub czerń kobiety... Podobno Bergman wyśnił ten film, a przynajmniej jego "podstawę". Miał uporczywy sen o białych postaciach, przechadzających się na czerwonym tle. Z tego, męczącego przez lata koszmaru powstał film o śmierci, o przerażającej samotności, o bólu i o nieradzeniu sobie z rzeczywistością. Film, o którym trudno zapomnieć.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Allen. Reaktywacja.

No to będą zachwyty. Nad nowym Allenem, który jest przezabawny i przefajny. Chyba takiego filmu właśnie było mi dziś trzeba. Bo wyszedłem z kina z bananem na ustach i niczym powietrze z przekłutej dętki zeszło ze mnie nagromadzone gdzieś wewnątrz ciśnienie. "Whatever works" (pozwólcie, że będę używał tylko angielskiego tytułu - o polskim tłumaczeniu lepiej szybko zapomnieć - jest dla owsików) to film genialny w swojej prostocie, z typowymi allenowskimi sztuczkami, które wcale, ale to wcale mi się nie nudzą. Uwielbiam te jego "gadające głowy", które ciągle coś mówią i lawa tych słów wylewa się na mnie i wylewa. Uwielbiam zawsze obecnego neurotyka-hipochondryka i kocham oczywiście allenowski Manhattan, gdzie nawet prostaczka z Missisipi staje się artystką specjalizującą się w kolażach, uwikłaną w "manage a trois". Allenowi bardzo dobrze zrobił powrót do Nowego Yorku, bo choć jego poprzednie, "europejskie" filmy miały swój niezaprzeczalny urok, to jednak mniej w nich było "Allena w Allenie". Teraz proporcje wróciły do normy. Czy ja już kiedyś pisałem, że z tej allenowskiej miłości uzbieralem całą kolekcję jego starych filmów? Nie wszystkie już obejrzałem. Ale z pewnością kiedyś zobaczę wszystkie. To zaś, co widziałem do tej pory pozwala mi wysnuć wniosek, że Woody Allen to filmowe zwierzę najwyższej klasy, geniusz powiedziałbym nawet. Każdy jego film jest dla mnie zawsze wydarzeniem. I niech tak zostanie jeszcze długo. Bo chyba nikt inny w kinie nie potrafi, tak jak Allen wprowadzić mnie w unikalny, pozytywny nastrój!

środa, 31 marca 2010

Bloby, złe mózgi i krwiożercze ryjówki.

Jak straszny może być różowy kisiel? Raczej słabo. Może być za to bardzo śmieszny, śmieszniutki nawet. W ostatni weekend naoglądałem się bardzo złych filmów. A jednym z moich faworytów był "Blob", opowieść o mazi z kosmosu, która przedarła się przez ziemską atmosferę i wylądowała w ogródku pewnego jegomościa. Zaatakowała szybko jego rękę, następnie jego całego, po czym wessała w siebie cały personel medyczny, obsługę kina a następnie zabrała się za bogu ducha winnych mieszkańców spokojnego miasteczka. Blob - gumowa, synetetyczna kulka. Straaaszny potwór, dziwadło. Wciśnie się wszędzie, w każdą szczelinę. Pożre każdy żywy organizm, który napotka na swojej drodze. Różowe monstrum. Prawie tak bezczelne i tak krwiożercze, jak ryjówka. Bo "Zabójcze Ryjówki" są naprawdę drapieżne. Mają długie kły i wystarczy, że Cię tylko lekko zadrasną, a uwolniony z nich jad już krąży w twoich żyłach i wystarczy tylko chwila, a jesteś martwy. Paskudne ryjówki na szczęście są tylko wynikiem nieudanego eksperymentu biologicznego i namnażają się na oderwanej od świata wyspie. Co jednak sie stanie jeśli wyspę opuszczą, jeśli w jakiś sposób wydostaną sie z izolacji? A co jeśli ludzkość zaatakuje Zły Mózg, który przybędzie na Ziemię w walizce, który kierować będzie armią Mutantów, potrafiących przemienić się w każdy organizm? I co jeśli temu Złemu Mózgowi będzie potrafił przeciwstawić się tylko jeden osobnik, Starman, kosmita w stroju z lycry i z antenką na czubku głowy? I co jeśli ten Starman najlepiej bedzie się dogadywał z dwójką dzieci, które wplątały sie w akcję, kiedy spokojnie wracały z afterku u sąsiada? Tak, tak "Zły mózg z Kosmosu" to kuriozum na skalę totalną. Nagromadzenie głupoty w tym filmie sięga zenitu. Bardzo, bardzo zły to film i bardzo, bardzo śmieszny zarazem. Ubawiłem się setnie. Swoją drogą to ciekawe, że dziś na złe filmy wali do kin więcej ludzi niż na wartościowe produkcje. Że bardziej nas bawią kartonowe, niedopracowane scenografie, gumowe potwory, kiczowate dekoracje. Niż przeładowane efektami specjalnymi, techniczne wymuskane wielomilionowe superprodukcje. Co z tego, że drogie, skoro nudne. Ja zdecydowanie wolę Bloba, niż katastroficzną wizję z "2012". Przynajmniej śmiać jest się z czego...

wtorek, 23 marca 2010

"The Box" czyli Pudło.

K. poczyniła niejako wstęp do mojego dzisiejszego posta już wczoraj wieczorem, zapowiadając, że ja to na pewno wszystko "jakoś wyłożę". Więc czując się w obowiązku sprostać zadaniu, postaram się wyłożyć graty z pudła. Pudło było oczywiście puste, w środku nie znaleźliśmy nic wartego uwagi. Film reklamowany jako pastisz pulp-horrorów ewidentnie zmierzał w innym kierunku. Wywoływał pusty śmiech. Jeśli reżyser kogoś tu parodiował, to chyba tylko samego siebie sprzed kilku lat. A zapowiadało się tak dobrze... "Donnie Darko", pierwszy film Richarda Keely'ego był fantastyczny. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to jeden z lepszych filmów ostatnich lat, jaki widziałem. Premiera miała miejsce w 2001 roku, jednak w Polsce film nie miał nigdy dystrybucja kinowej, tak samo zresztą, jak i drugi film Kellego "Southland Tales". Premierę i to opóźnioną o kilka miejsce miał dopiero trzeci jego film, "The Box" właśnie. Co tu dużo mówić, z tych trzech najsłabszy, nietrafiony, z fatalną Cameron Diaz na pierwszym planie, która gra tak tragicznie, że ręce opadają. Z przegadanym, nudnym scenariuszem, doprawionym jeszcze do tego pseudointelektualnym bełkotem, a nawet (sic!) cytatami z Satre'a. Całość ratuje chyba tylko w miarę sensowne i trochę anty-hollywoodzkie zakończenie, które w odróżnieniu od reszty filmu jest proste i jednopłaszczyznowe. Niestety, reszta tonie zupełnie w ledwo naszkicowanych wątkach, sugerujących to lub tamto, ale mimo to, pozostawiających widza z totalną pustką w głowie. Nie udało się Kelly'emu kolejny raz mnie zaskoczyć. Będę musiał odkurzyć płytę z "Donnie'm Darko". Tam każdy kawałek układanki idealnie do siebie pasował, a całość miała niezaprzeczalny, mroczny klimat tajemnicy, która wciąga i nie pozostawia obojętnym. "The Box" nie hipnotyzuje. Pozostawia na zewnątrz...

P.S. Co do mojej jazdy samochodem, rzeczywiście z pewnego punktu widzenia może się wydawać bardziej interesująca niż film Kelly'ego. Chyba nie wspominałem jeszcze na blogu, że moje prawko wywalczone z takim bólem hartuje się właśnie w warunkach polowych (lub drogowych raczej!). Nie zawsze jest lekko, czasem zabawnie, a czasem strasznie. Jak w dobrym thrillerze, nie takim jak "The Box" oczywiście. Raczej, jak w "Pojedynku na szosie" Spielberga :P

środa, 17 marca 2010

Zły siding.

Lepiej późno niż wcale... Dopiero parę dni temu obejrzałem "Wojnę polsko-ruską" choć zapewne ten film widzieli już wszyscy. Nie obarczony jednak żadnymi recenzjami znajomych, dobrymi radami czy uszczypliwymi komentarzami (jeśli takowe były, dawno już o nich zapomniałem) zasiadłem przed ekranem i niczego specjalnego nie oczekiwałem. A jednak, moje zainteresowanie rosło, bo film bardzo ładnie się rozwijał. Ma kilka naprawdę niezłych pomysłów realizacyjnych. Czytałem kiedyś Masłowską, ale niewiele z tej książki pamiętałem. Przypominały mi się jedynie poszczególne sceny. Tylko tę na plaży, bardzo dobrze zagrana przez duet Szyc - Gąsiorowska pamiętałem ze szczegółami i najwidoczniej wizualizowałem ją sobie podobnie jak Xawery Żulawski, bo wydała mi się akuratna i trafiona. Totalnie jednak powaliło mnie zakończenie filmu. Scenę ze spadającym sidingiem uważam za genialną. Jest mocno tarantinowska, to prawda. Ale jest też doskonale rozegrana. Śmieszy i przestrasza zarazem. Taki siding pamiętam sprzed mniej więcej dekady. Był wtedy bardzo modny. Każdy chciał mieć siding na swoim domu. Posiadanie sidingu było szczytem pseudo-luksusu i nowoczesności. Ten plastikowy, sztuczny siding brzydko i szybko się starzał. Mimo to, chciał go mieć każdy, kto choć trochę śledził deko-trendy i posiadał własny domek na przedmieściach. Trochę to amerykańskie było, jak w "Blue Velvet" Lyncha, gdzie w villowej dzielnicy wszystkie domy były identyczne i wszystkie obowiązkowo sidingiem pokryte. W domach tych było mega nudno, a wszystko, co ciekawe, interesujące, tajemnicze, dziwne i wynaturzone działo sie gdzieś obok, pod powierzchnią, pod przykrywką, którą ten metaforyczny siding stanowił. "Blue Velvet" zaczyna się od sceny, kiedy główny bohater znajduje odcięte ucho w trawie, na łące, za typowo amerykańskim, ładnym jak z obrazka i nudnym jak flaki osiedlem. Dopiero wtedy zaczyna się nakręcać spirala niejasnych zdarzeń... Ale zostawmy Lyncha i wróćmy do "Wojny". Ruski siding u Masłowskiej jako metafora badziewia i kiczu, który zawsze był, jest i będzie? Hmmmm... czemu nie? W końcu w okresie tzw. transformacji, kiedy Masłowska pisała swoją powieść wszystko w Polsce miało być "amerykańskie". Co nam z tego zostało teraz? Pożółkły, odpadający ze ścian siding w domkach na przedmieściach, przypolone garnki Zeptera, odkurzacze Rainbow, które nie okazały się być wieczne i zawiedzione nadzieje na własne businessy, którzy rozbudzali najemnicy Amwaya. Śmieszny był to czas. Śmieszny i straszny. Polski, ruski i amerykański zarazem. Jak film Żuławskiego właśnie.

niedziela, 7 marca 2010

Szalona Helena.

Byłem wczoraj w kinie na "Alicji w Krainie Czarów" Burtona i zakochałem się w Czerwonej Królowej, z wielkim baniakiem zamiast głowy, z ustami w kształcie serca, z mocno przesadzonym makijażem. Zelżbieta w wykonaniu Bohnam Carter jest cudownie zła, dokładnie taka, jaka Czerwona Królowa być powinna. Nie oznacza to wcale, że inne postaci nie są fajne. Są, tylko tyle, że nikt z Szaloną Heleną nie może się równać. Biała Królowa jest jakby naćpana, charakteryzują ją powolne ruchy, na szczęście nie jest jednoznaczna. Mam wrażenie, że Burton nie do końca wykorzystał potencjał tkwiący w tej postaci. Całą uwagę skupił bowiem na Szalonym Kapeluszniku. O Johnym Deepie mówić wiele nie trzeba. Czuje Burtona jak mało kto. Jednak to Bohnam Carter gra tu pierwsze skrzypce. Odrażająca, mroczna, zepsuta do szpiku kości, kochająca wszystko to, co duże, niesymetryczne, brzydkie, nienormalne. Sprawuje rządy terroru dzięki Żaberzwłokowi. A przy tym wszystkim jest przekomiczna. Zakochałem się w Szalonej Helenie po raz kolejny. Po raz pierwszy, gdy zagrała Marlę Singer w "Fight Clubie", łącząc neurotyzm z punkiem i niezależnością. Po raz drugi - wczoraj, gdy jako Czerwona Królowa zdominowała "Alicję" i tak mocno rozpanoszyła się w moim świecie wyobraźni, że nie zniknie z niego szybko. Tak więc, ku czci Zelżbiety, ukradłem wczoraj w nocy ze sklepu kalafior. I z kalafiorem owym pod sercem, ogrzewając go własną piersią (był marcowy mróz) zaniosłem go na after, gdzie warzywo otrzymało imię Sylwek i zostało namaszczonone na mojego syna. Sylwek został na afterze trochę dłużej niż ja, a potem został ugotowany i zjedzony. Czerwona Królowa zrobiła by pewnie podobnie...


P.S. Sylwek, gdziekolwiek teraz jesteś, pozdrawiam Cię - Tata.

wtorek, 2 lutego 2010

Senność wszędzie.

Zimą lubię czytać długie książki, z rozbudowaną fabułą, polifoniczne, rozpisane na wiele głosów. Lubię wsiąkać w opisywane światy, znikać w nich na całe wieczory. Potem mam fajne sny. Nazywam je "przygodówkami", bo dużo sie w nich dzieje. Ostatnio (od nadmiaru czytania chyba), śniło mi się, że byłem poetą. Ale nie takim, który wyciąga wiersze z rękawa. Raczej takim rzemieślnikiem, co ślęczy nad słowami i dobiera je odpowiednio i ostrożnie, żeby zachować odpowiednie proporcje i umiar. I obudziłem się z wierszem ułożonym w głowie. I zapisałem ten wiersz. I gdy wróciłem z pracy i przeczytałem go ponownie to okazało się, że całkiem to był konkretny utwór, do rzeczy, składny i ładny, sensowny nawet. A gdy obejrzałem wreszcie "Avatara", bo wszyscy tak chwalili te efekty, że i ja założyłem w końcu te paskudne 3D okulary, to śniła mi się Pandora oczywiście. Tak mocno, tak wyraźnie, że prawie przez sen krzyczałem. I nie dlatego oczywiście biegałem we śnie po Pandorze, że mnie fabuła "Avatara" urzekła, ale dlatego zapewne, że efekt plastyczny tego filmu zrobił na mnie kolosalne wrażenie, a w szczególności fauna i flora rzeczonego księżyca zrobiła mi "wow!" do tego stopnia, że resztę filmu mógłbym sobie równie dobrze podarować. Nie wiem kim byłem we śnie "z Pandorą w tle". Ale przygody musiałem przeżywać tam niesamowite, bo obudziłem się zmęczony bardzo. Może na tych stworach skrzydlatych latałem... Kto wie, nie pamiętam... A wczoraj w nocy śniła mi się Fever Ray, która odbiera nagrodę, powiedzmy, że za całokształt twórczości. To przez ten filmik na youtubie, który obejrzałem o kilka razy za dużo. Bo mnie Karin znowu urzekła i pokazała wszystkim swoim fanom jaja. I klasę zarazem. Może dziś mi się przyśni Isabel z "Kłamst" de Heriza, książki, którą właśnie skończyłem czytać, grubego tomiska, z którym spędziłem prawie dwa tygodnie. Isabel i jej rytuały śmierci. Isabel i dzikie plemiona, które zjadają swoich zmarłych. Isabel, która przeżyła własną śmierć. Isabel, nie rozpoznana przez własne dzieci. Isabel, ukrywająca kłamstwo, które może zniszczyć wszystko, co w życiu zbudowała. O Matko, co to moze być za sen! Ok, kończę na dziś. Idę spać. Dobranoc.

środa, 20 stycznia 2010

WCK albo Młodzieżowa Kapela Punk-Rockowa.

Młodość ma swoje prawa, ma swoje niezapomniane obrazy, obrasta w mity i legendy. Chyba każdy ma taką historię, którą sobie wypolerował, wyczyścił z wszelkiech zabrudzeń, przefiltrował, żeby zachować w pamięci jej czysty i nieskalany zapis. Historię z wczesnej młodości, kiedy wszystko było wolno. Ja taką mam. Ma taką również Jacek Borcuch, który swoim filmem "Wszystko, co kocham" bardzo ładnie pokazał naturę wspomnień. Troszkę polukrowana i wyidealizowana historia Janka, który zakłada kapelę punk-rockową tuż przed wybuchem stanu wojennego i jego dziewczyny, Basi, zagranej rewelacyjnie przez Olgę Frycz. Ale ten lukier i ten idealizm ja Borcuchowi natychmiast wybaczam. I wcale mnie ten film nie zmęczył, wręcz przeciwnie, oczarował. "Wszystko, co kocham" dzieje się na Helu i okolicach. To miejsca, w których się urodziłem i wychowałem. Mam do nich wielki sentyment. Taki sentyment ma też pewnie Borcuch, co widać w filmie bardzo wyraźnie. Zdjęcia Michała Englerta, pełne światła, jasne, tchną optymizmem, tak rzadko spotykanym w kinie polskim, a już szczególnie w filmach, w ktorych pojawia się wątek historyczny. Tutaj historia dzieje się gdzieś obok, ma niezaprzeczalny wpływ na życie bohaterów, ale to nie ona decyduje o dramaturgii przekazu. Ważniejsza od stanu wojennego, od manifestacji, protestów i strajków jest zwykła codzienność i to, co z sobą niesie. Wieczorne oglądanie Dziennika Tv. Zakupy na kartki. Oraz to, co nierozerwalnie wiąże się z młodością. Muzyka, wino, popalanie papierosów, eskapady z kumplami, znienawidzona szkoła czy seksowna sąsiadka, której należy podglądać z ukrycia i z którą można przeżyć swoją inicjację seksualną. Wreszcie w polskim filmie dostajemy świeże, nieopatrzone twarze (bardzo dobry Mateusz Kościukiewicz w roli głównej). Naturalne, niewymuszone dialogi. Dobrze skonstruowane, pełnokrwiste postacie drugoplanowe, jak chociażby ojciec Janka, zagrany rewelacyjnie przez Andrzeja Chyrę. Jest w "WCK" coś z filmów skandynawskich, czeskich może nawet. Jakiś taki pozytywny klimat, autentyczność, szczerość. A może to po prostu dobrze skonstruowana fabuła... Sam nie wiem. Pewne jest, że dawno już na polskim filmie nie czułem się tak dobrze. Jak małolat, jak szczeniak, jak gówniarz. Czyli fajnie, nie?