sobota, 30 stycznia 2010
czwartek, 28 stycznia 2010
There is love in you.
Czy Kieran Hebden mógł choć przez chwilę przypuszczać, że słuchanie jego nowej płyty, w zaśnieżonej i skutej lodem Polandii w styczniu roku 2010, będzie miało dobroczynny wpływ na ludzi? Że znacznie ograniczy stany depresyjne, że podniesie temperaturę i rozświetli szarobury, nisko zawieszony pułap ciężkich, śniegowych chmur? Wątpię... Pewnie chciał nagrać po prostu dobrą płytę. I udało mu się. "There is love in you" nie zawiodła moich nadziei. Co więcej, sprawiła, że chciałem słuchać tylko jej, w kółko i bez przerw. Lubię sobie wyobrażać, że ta płyta jest jak słodycze, podjadane ukradkiem z szuflady w dzieciństwie. Doskonale wiesz, że będą słodkie, ale zdajesz sobie również sprawę, że za zjedzenie wszystkiego czeka Cię kara. Mimo wszystko wchodzisz w to na całego, nie bojąc się o konsekwencje. Nowy Four Tet hipnotyzuje totalnie, uzależnia, wciąga bez reszty. "There is love in you" to czysta elektronika, misternie utkana z mikrodźwięków, z elementami dziwnych, kobiecych lub syrenich nawet wokaliz ("Sing"). Nie bez powodu wspomniałem wyżej o smakach dzieciństwa. Są na tej płycie dźwięki, które nieodparcie się z dzieciństwem kojarzą. Trudno je tutaj dokładnie opisać. Może to pozytywka ("Angel Echoes"). Może dzwonki lub grzechotki. Może senność, radość, pewna naiwność. A wszystko to zawieszone w gęstym, ciągnącym się jak karmel muzycznym syropie. Jeśli ktoś spodziewał się fajerwerków będzie się czuł rozczarowany. "There is love in you" jest prosta, jeśli prostą można określić muzykę organiczną, podstawową, elementarną, która stanowi zaledwie szkielet do całej nadbudowy bogatego, four tet'owego świata. Świata, który ja, przyznaję się przed Wami, przemierzam bardzo często z nieskrywaną, lekko perwersyjną wręcz, przyjemnością...
piątek, 22 stycznia 2010
Klocki Lego.
Co można zrobić z klockami Lego? Ano, można wiele. Np. jak Zbigniew Libera potraktować je jako tworzywo i stworzyć dzieło, które zaszokuje, ale też da do myślenia.



Lego może też posłużyć jako zupełnie inne źródło inspiracji. Można z klocków odtworzyć okładki swoich ulubionych płyt muzycznych:



Jeśli chcecie zobaczyć więcej, po prostu kliknijcie tutaj.



Lego może też posłużyć jako zupełnie inne źródło inspiracji. Można z klocków odtworzyć okładki swoich ulubionych płyt muzycznych:



Jeśli chcecie zobaczyć więcej, po prostu kliknijcie tutaj.
czwartek, 21 stycznia 2010
Intergalactic Planetary.
Cytat w tytule posta, wiadomo, z Beastie Boys. Ale dziś będzie o Birdy Nam Nam, czyli znowu o Francuzach. Zachwyciłem się bowiem ich klipem do "The Parachute Ending". To niesamowita, cartooonowa intergalaktyczna przygoda, inspirowana komiksami i kreskówkami z lat 80, muzycznie mocno zbliżona do stylistyki Daft Punk'a, Justice czy ekipy Ed Bangers. Reżyserem tego mini-dziełka jest znakomity grafik i ilustrator, Steve Scott. Birdy Nam Nam to "jungle for the new generation"!
BIRDY NAM NAM - THE PARACHUTE ENDING from Steve Scott on Vimeo.
środa, 20 stycznia 2010
Mixed Up Music for Mixed Up People.
Dawno już nosiłem się z zamiarem napisania o tej płycie. Przywiozłem ją z któregoś wypadu do stolicy. Została zakupiona w SIDEONE, chyba przez wzgląd na okładkę. Czasem zdarza mi się tym kluczem wybierać płyty i zazwyczaj są to trafne wybory. Tak tez stało się tym razem. Ten LP to taki mój mały skarb. Lubię go sobie puszczać w szczególnych momentach i może też dla tego tak długo nic o nim nie pisałem. Bo nie chciałem się tą muzą dzielić z kimkolwiek. Tak, jestem zaborczy. I co z tego? Czasem lepiej jest, jak pewne dźwięki zostają w małym, elitarnym gronie, nie wypływają szerzej, bo wtedy tracą cały swój urok. Ale co mi tam... Być może niektórzy z Was tego Pana znają, większość pewnie nie. Ali Gibbs alias NEBRASKA, mało znany brytyjski producent, który zachwycił mnie kompletnie wydaną w 2008 roku płytą "Mixed Up Music for Mixed Up People". Wprawdzie odkryłem ją dopiero rok później, ale czas akurat nie ma tu żadnego znaczenia, bo to dźwieki ponadczasowe, uniwersalne i idealnie "na mnie" skrojone. "Mixed up Music for Mixed up People" to cudowny album, który mógłbym określić słowami "retro film house". To muzyka deepowa, z elementami disco, house, funk, jazz a nawet broken beat. Ale przede wszystkim to muzyka z duszą (soulful, my brothers:), mocno filmowa, która przy słuchaniu generuje w głowach dziwne obrazy (sprawdzone, polecam!). Nebraska to znakomity melanż wszystkiego, co dobre. Jeśli jeszcze nie znacie Ali Gibbs'a to zapodaję Wam jego wypieszczone dziecko w całości. Oto "Mixed Up Music for Mixed Up People". Polecam słuchać przed snem. Zajebiste sny gwarantowane!
A jeśli ktoś nie wierzy w moje słowa, niech przed zassaniem całości w ramach "próby ognia" skonsumuje najpierw to:
A jeśli ktoś nie wierzy w moje słowa, niech przed zassaniem całości w ramach "próby ognia" skonsumuje najpierw to:
WCK albo Młodzieżowa Kapela Punk-Rockowa.
Młodość ma swoje prawa, ma swoje niezapomniane obrazy, obrasta w mity i legendy. Chyba każdy ma taką historię, którą sobie wypolerował, wyczyścił z wszelkiech zabrudzeń, przefiltrował, żeby zachować w pamięci jej czysty i nieskalany zapis. Historię z wczesnej młodości, kiedy wszystko było wolno. Ja taką mam. Ma taką również Jacek Borcuch, który swoim filmem "Wszystko, co kocham" bardzo ładnie pokazał naturę wspomnień. Troszkę polukrowana i wyidealizowana historia Janka, który zakłada kapelę punk-rockową tuż przed wybuchem stanu wojennego i jego dziewczyny, Basi, zagranej rewelacyjnie przez Olgę Frycz. Ale ten lukier i ten idealizm ja Borcuchowi natychmiast wybaczam. I wcale mnie ten film nie zmęczył, wręcz przeciwnie, oczarował. "Wszystko, co kocham" dzieje się na Helu i okolicach. To miejsca, w których się urodziłem i wychowałem. Mam do nich wielki sentyment. Taki sentyment ma też pewnie Borcuch, co widać w filmie bardzo wyraźnie. Zdjęcia Michała Englerta, pełne światła, jasne, tchną optymizmem, tak rzadko spotykanym w kinie polskim, a już szczególnie w filmach, w ktorych pojawia się wątek historyczny. Tutaj historia dzieje się gdzieś obok, ma niezaprzeczalny wpływ na życie bohaterów, ale to nie ona decyduje o dramaturgii przekazu. Ważniejsza od stanu wojennego, od manifestacji, protestów i strajków jest zwykła codzienność i to, co z sobą niesie. Wieczorne oglądanie Dziennika Tv. Zakupy na kartki. Oraz to, co nierozerwalnie wiąże się z młodością. Muzyka, wino, popalanie papierosów, eskapady z kumplami, znienawidzona szkoła czy seksowna sąsiadka, której należy podglądać z ukrycia i z którą można przeżyć swoją inicjację seksualną. Wreszcie w polskim filmie dostajemy świeże, nieopatrzone twarze (bardzo dobry Mateusz Kościukiewicz w roli głównej). Naturalne, niewymuszone dialogi. Dobrze skonstruowane, pełnokrwiste postacie drugoplanowe, jak chociażby ojciec Janka, zagrany rewelacyjnie przez Andrzeja Chyrę. Jest w "WCK" coś z filmów skandynawskich, czeskich może nawet. Jakiś taki pozytywny klimat, autentyczność, szczerość. A może to po prostu dobrze skonstruowana fabuła... Sam nie wiem. Pewne jest, że dawno już na polskim filmie nie czułem się tak dobrze. Jak małolat, jak szczeniak, jak gówniarz. Czyli fajnie, nie?niedziela, 17 stycznia 2010
Diabeł w pannie Jones.
Rok 1973: Gerard Damiano, reżyser słynnego Głębokiego gardła, zachęcony sukcesem swojego poprzedniego filmu, wprowadza do kin, Devil in Miss Jones, gdzie główną rolę zagrała jedna z najbardziej znanych i rozpoznawanych aktorek filmów porno, Georgina Spelvin. Film pokazywany, tak jak Głębokie gardło w szerokiej dystrybucji nie osiągnął jednak wówczas dużego sukcesu. Dziś uważany jest za dzieło kultowe i zupełnie wyjątkowe. Damiano wprowadził do Devil in Miss Jones wątki psychologiczne, rozbudował postaci, a fabułę oparł na niewiarygodnym koncepcie. Główna bohaterka, Justine Jones, czysta i bezgrzeszna, już na samym początku filmu popełnia samobójstwo, ponieważ nie ma ochoty wieść dłużej nudnej i pustej egzystencji. Diabeł, przed którym Justine staje pozwala jej wrócić na Ziemię, ale pod warunkiem, że musi ona zasłużyć sobie na Piekło. Tak więc Justina będzie odtąd nużać się w grzechu i znajdować upodobanie w wyuzdanym seksie...Dziś: Massive Attack, po prawie 40 latach wracają do tych niemal zapomnianych czasów, z początku lat 70-siątych, kiedy to film pornograficzny miał jeszcze ambicje stania się czymś więcej. Kiedy, co dla nas dzisiaj niepojęte, filmy, takie jak Głębokie gardło można było oglądać w kinach. Swój najnowszy klip do "Paradise Circus" Massive Attack oparli na fragmentach Devil in Miss Jones, a w ramy video wpletli również wypowiedzi samej Georginy Spelvin, która dziś liczy sobie 73 wiosny. Powstało coś wyjątkowego. Spowiedź starzejącej się aktorki filmów pornograficznych, która wspomina swoje lata świetności miesza się z fragmentami granej przez nią życiowej roli. Rozpoznajemy te same rysy twarzy, ale w głowach kołacze nam się myśl: "jak ta starsza, sympatyczna Pani mogła byc kiedyś gwiazdą porno?". Gdzieś między poszczególnymi scenami, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że oto oglądamy obraz przemijania, transformacji, którą przechodzi każdy z nas. Od młodości, pełni sił witalnych, do starości i upadku. A jednak jest w tym klipie coś optymistycznego. Kiedy Georgina mówi: "God help me, I love the camera!" zdajemy sobie sprawę, że ta kobieta przez całe swoje życie robiła dokładnie to, co chciała, to, co sprawiało jej największą przyjemność, co przyprawiało ją o dreszcze. Klip do "Paradise Circus" jest bardzo dobrym wstępem do nowej płyty Massive Attack, zwiastunem, który być może ma pokazać klimat całości...
[edit]: Video do "Paradise Circus" zniknęło z sieci tak szybko, jak się pojawiło. Obecnie można je oglądać jedynie tu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)