poniedziałek, 18 października 2010

Robot Rocks!

Lubię tego robota. Wcale nie jest gówniany. Wręcz przeciwnie. Jest całkiem zajebisty. I nagrał jedną z najfajniejszych płyt, jakie ostatnio słyszałem. "From The Cradle To Rave" Markusa Lambkina aka Shit Robot, to kawał dobrej roboty. Spora część utworów była już znana wcześniej, ukazywały się na EPkach począwszy od 2006 roku, jednak wcale to nie przeszkadza w odbiorze albumu, który jest spójny, dzięki czemu słucha się go znakomicie. Jest tu kilka naprawdę solidnych sztosów, w tym chociażby singlowy "Tuff Enuff", "Losing My Patients" zaśpiewany przez Alexisa z Hot Chip, czy "Take Em Up", nagrany wespół z Nancy Wang, z Juan MacLean. Wspominałem w jednym z ostatnich postów o modzie na dźwięki z wczesnych lat 90-siątych. Płyta Shit Robota jest tego doskonałym przykładem. Zapożyczenia z "rave'owego" soundu są tu bardzo wyraźne. Brzmienie jest bardzo analogowe, mięciutkie, jak to w DFA Records, często bywa. Do tego płyta Marcusa tchnie optymizmem i bardzo pozytywnie nastraja. Polecam włączyć ją sobie na początek dnia, najlepiej w poniedziałek! Dobry dzień macie zagwarantowany. Oprócz wrażeń muzycznych, dostajemy jeszcze kilka naprawdę porządnie napisanych i niegłupich tekstów oraz, jak dla mnie, okładkę roku! Shit Robot na prezydenta?

czwartek, 14 października 2010

Human after all.

OK, jestem już po seansie "Social Network", przychodzę do domu i co robię? Wchodzę na facebooka. I sprawdzam, czy ktoś ze znajomych wrzucił już commenta z wrażeniami z filmu. Nie wrzucił. Jeszcze chyba nikt nie dotarł do domu...

Generalnie fejsbook rządzi. O nowym filmie Davida Finchera dowiedziałem się oczywiscie z fejsa, trailer też po raz pierwszy zauważyłem na fejsie, po tym, jak wrzucił go ktoś z moich mniej lub bardziej znajomych. Śmieję się w głos, że na seans nie wpuszczali tych, co nie mieli jeszcze konta, a przed projekcją niekoronowana królowa portalu miała wygłosić swoją prelekcję, ale nie wygłosiła, bo nie dotarła. Utknęła. W sieci oczywiście.

"Social Network" to solidne kino. Ponoć fabuła opowiedziana w filmie jest nieprawdziwa. Nieważne, bo wciąga. Fincher wycisnął z tej historyjki wszystko, co można było wycisnąć. Gdzieś w tle zobrazował jeszcze środowisko amerykanśkich studentów i zrobił to wyjątkowo sprawnie. Postaci są krwiste, dialogi dowcipne i soczyste. Eisenberg w roli twórcy fejsa jest cyniczny do szpiku i gra fantastycznie. Jest dużo, dużo lepszy niż się spodziewałem... I co? Czy Fincher nakręcił w związku z tym swój najlepszy film? Hmmm... Nie posunąłbym się tak daleko. Ale jest coś, co mi się w "Social Network" bardzo podobało. Bo to film anty-fejsbukowy. Bo czym jest w zasadzie ostatnia scena? Jeśli nie obnażeniem idei? Co robi Zuckenberg, kiedy godzinami ślęczy nad swoim laptopem? Pisze skomplikowane algorytmy, tworzy aplikacje? Przecież od tego ma ludzi... "Wkręcił się" - mówią o tym stanie inni bohaterowie. "Wkręcony" Zuckenberg po prostu...

Czekanie na odpowiedź, czekanie na akceptację, czekanie na to, żeby coś się wreszcie zaczęło dziać. Żeby było mocniej, silniej, treściwiej. Życie w zawieszeniu...


Właśnie w takim stanie trwa Zuckenberg i całe pokolenie fejsbooka, co Fincher wykłada jak kawę na ławę, siermiężnie, nie bojąc się oskarzeń o prostotę przekazu. Podobnie, ale o wiele subtelniej, pomiędzy wysmakowanymi kadrami i przepiękną muzyką wypowiada się Xavier Dolan w "Wyśnionych miłościach". A właściwie w "Miłościach wyobrażonych". Tu bohaterowie żyją złudzeniami, coś im się tylko wydaje, coś im się łudzi, bo nie potrafią o tym porozmawiać, nie potrafią, tak po prostu, mówić o swoich uczuciach, a przecież, jak powie jedna z bohaterek "wiedzą o sobie wszystko". Z fejsbuka i innych portali właśnie. Śledzą siebie, swoje poczynania, obserwują, wnioskują, ale boją sie konfrontacji, zbliżenia, cielesności. Wolą onanizować się wąchając koszule obiektu swojej wyobrażonej miłości, bo prawda, jakakolwiek by nie była, ich przeraża...

Dobrze się ogląda te dwa filmy, jeden po drugim, zestawione ze sobą. Pozornie nie mają one ze sobą nic wspólnego, jeśli jednak przyjrzeć się bliżej...Fincher w zawrotnym tempie opowiada historyjkę z życia twórcy fenomenu naszego wieku, a Dolan, zaledwie 21-latek, sam tkwiący głęboko w pokoleniu fejsa, pomiędzy dawkowanymi oszczędnie słowami, uwidacznia zmiany, jakich fejsbook dokonuje w świadomości młodych ludzi. Nie jest z nami aż tak źle? W końcu możemy jeszcze wyjechać na wieś, usmażyć marschmellows na grillu i razem je zjeść. Możemy przecież śmiać się z tego samego, upijać się, kontemplować sztukę, obdarowywać się prezentami. I co z tego? Jeśli na koniec i tak, w samotności, usiądziemy przed monitorem i będziemy odswieżać swoje profile, aż wysłane przed chwilą zaproszenie zaakceptuje ktoś, na kim najbardziej nam zależy...

90's hype.

Po katowaniu lat 80-siątych, które odbywa się obecnie w muzyce nieustannie, przyszła moda na eksplorację wczesnych lat 90-siątych. Przyszedł czas na dyskę. I tak oto z puzderka wyskoczył znany nam skądinąd Armand Van Helden, który połączył siły z A-Trackiem w projekcie Duck Sauce. Panowie zrobili razem już kilka kawałków, z których "Barbra Streisand" może stać się, jeżeli już się nie stała, ogromnym hitem. W sieci pojawił się już teledysk, w którym udzielają się zaproszeni na plan goście, m.i. Chromeo i Pharell. Obrazek rozkręca hype na Duck Sauce, robi się gorąco, to jest gorączka prosto z Miami, z wczesnych lat 90-siątych. Pamiętacie te klimaty?



Powracają także Evil Nine, zmieniając nieco muzyczny klimat, z breakbeatu oczywiście na electro house, z ravowym pianinkiem w stylu wczesnych 90's. Kawałek "Step Up" to parkietowa bomba, bez dwóch zdań.



Na koniec jeszcze Azari & III. W oczekiwaniu na ich płytę, która ma się ukazać w styczniu 2011, warto wrócić do lansowanych przez nich w zeszłym roku przezajebistych kawałków: "Reckless (with your love)" oraz "Hungry for the power".



Czy ktokolwiek jeszcze ma wątpliwości, że sound wczesnych lat 90-siątych powraca do nas jak bumerang właśnie teraz?

Jak pokochać i znienawidzić Hiszpanię w siedem dni. Antyprzewodnik. Część 1.

Ci którzy mnie znają, wiedzą, że do każdej podróży lubię się przygotować. Grzebię w przewodnikach, necie, relacjach z podróży, zbieram ciekawostki, obserwacje, uwagi, tych, którzy byli tam, gdzie się wybieram, przede mną. Jednak mimo tego, za każdym razem jestem zaskoczony, jak płytko i głupio ludzie oceniają miejsca, w których bywają, jak mało potrafią w swoich opowieściach z podróży przekazać. Wydaje mi się, ze wynika to, z tego, że za wszelką cenę chcą stworzyć "opowieść dla każdego", nie precyzując odbiorcy, do którego ich opowieść ma trafić.

Tydzień temu wróciliśmy z Hiszpanii, dokładnie z Andaluzji. Zbierałem się całe siedem dni do napisania tego posta, a jak już się zebrałem, to stwierdziłem, że gdybym wszystko, co mi się ułożyło ostatnio w głowie, wywalił Wam od razu, mogłoby to być dla was za wiele, moglibyście się znudzić, zmęczyć i już nigdy do mojego bloga nie wrócić. Postanowiłem Wam tego oszczędzić i podzieliłem tego posta na trzy części.

To będzie antyprzewodnik. Czego anleży unikać, gdzie nie pójsć, na co nie zwracać uwagi, czego zdecydowanie nie próbować, od czego uciekać, ile sił w nogach, nad czym się nie zastanawiać. Bo prawda jest taka, że w tradycjnych przewodnikach mydlą Wam tylko głowę, ściemniają niemożebnie, nakłaniają do rzeczy popularnych, ogranych, miłych i sympatycznych oczywiście, ale także nudnych i pozbawionych emocji. Zatem jeśli jeszcze nie byliście, a chcecie się kiedyś wybrać do Andalauzji to przeczytajcie koniecznie mój ANTYPRZEWODNIK. Jeśli zastosujecie się do moich wskazówek - gwarantuję Wam niesamowite wrażenia od pierwszej do ostaniej minuty waszej podróży.

A więc, zaczynamy...


Dzień 1.
Na lotnisku zjawiliśmy się z tzw. blue ticket, biletem dla personelu lotniczego, który dostaliśmy niedawno w prezencie. Bilet ten zafundował nam na starcie nie lada niespodzianki, które już na samym początku bardzo uatrakcyjniły naszą wycieczkę. Otóż, okazało się, że lot jest pełen, a blue tickets są ważne tylko wówczas, jeśli ktoś z pasażerów nie stawi się do odprawy. Zatem do końca czekaliśmy z niecierpliowścią, żeby się dowiedzieć, czy do "ciepłych krajów" wylecimy, czy jednak nie. W końcu się nam udało, trzech pasażerów zabukowanych na lot, nie stawiło się na lotnisku. Wsiedliśmy do samolotu, siedzieliśmy oczywiście na najgorszych miejscach, na dwóch różnych krańcach samolotu, ale co tam... Tu muszę was jeszcze przestrzec przed pewną sprawą. Jeśli wasz bagaż podręczny może ważyć max 10 kilo, warto to sprawdzić przed podróżą. My nie sprawdziliśmy... Przepakowywanie się na lotnisku nie jest niczym fajnym...
Kiedy już wylądujecie w Maladze (lot tam jest najtańszy, samoloty latają z Wrocławia i z Krakowa) to jeśli macie prawo jazdy krócej niż rok i nie posiadacie karty kredytowej to zdecydowanie nie wynajmujcie samochodu - nie uda Wam się. Jeśli jednak macie z sobą kogoś, kto ma prawko dłużej - polecam tego dokonać, bo naprawdę się opłaca.
Jeśli chcieliście zwiedzić Malagę - odradzam, to głupi pomysł. W Andaluzuji jest o wiele więcej ciekawych miejsc. Jeśli jednak kierując się jakimś słabym przewodnikiem "dla ludu" zostaliście jednak w Maladze - zdecydowanie zrezygnujcie z noclegu w La Casa Mata. Możecie tam zastać nie posprzątany pokój, hostel może się właśnie przenosić do innego budynku, a w nocy mogą was pogryźć niezidentyfikowane bliżej owady. Będziecie mieć też problemy z zaparkowaniem samochodu na starym mieście, nie róbcie tego. Najlepiej od razu, zaoszczędzając sobie nerwów i kosztów, zaparkować gdzieś na obrzeżach, gdzie parking jest tańszy i gdzie nie ma korków, czteropasmowych rond z ośmioma wyjazdami, tylko jednokierunkowych, wąskich uliczek oraz remontów, przy których, zapewniam, zwariuje każdy GPS.

Dzień 2.
Jeśli już pokierujecie swoje kroki dalej, np. do Granady, pamiętajcie, że najlepiej będzie nie zatrzymywać się na Costa del Sol, które jest brzydkie, betonowe i "śmierdzi" turystą. Nie wierzcie również tym, którzy mówią, że Nerja jest piękna i ciekawa, a tzw. Balkon Europy koniecznie trzeba zobaczyć - nie trzeba, bo to po prostu deptak z dość pretensjonalnym i oklepanm "widoczkiem", a samo miasteczko przypomina trochę "sanatorium". Koniecznie też nie planujecie waszej podróży wtedy, kiedy Hiszpanie postanawiają zorganizować tzw. Huelga General - czyli strajk generalny, inaczej zwany "ostatecznym krachem systemu korporacji", w którym do głosu dojdą prosocjalistyzne bojówki zmuszające wszystkich, nawet tych, którzy nie chcą tego zrobić, do zamnkięcia swego bussinesu. Pamiętajcie, że miasta w tych dniach nie będą czyste, o nie, służby komunalne również będą strajkować. A ponieważ południowi Hiszapnie do najczystszych nie należą, to spróbujcie sobie wyobrazić, co się wtedy może dziać na ulicach. Zdecydowanie też nie wynajmujcie na nocleg pokoju (w hotelu LOS GIRALOLES 2), umieszconego na parterze, którego okna wychodzą na wąską uliczkę, przy nocnym klubie. Nie jest to dobry pomysł, gdyż uliczka ta moze służyć jako klozet, co może wam się wydawać dziwne, ale jest niestety prawdziwe... Nie liczcie też w Huelga General na jakiekolwiek życie nocne wieczorem, mozecie mieć nawet problemy ze znalezieniem czegoś sensownego do jedzenia. Od razu możecie zatem pominąć bary tapas i inne restauracje, z pysznym, skądinąd jedzeniem i udać się na Albaicin, najbardziej klimatyczną dzielnicę, gdzie możecie się załapać na autentyczne flamenco lub powłóczyć się trochę po Sacramonte, gdzie w jaskiniach wydrążonych w skałach do dziś mieszkają Cyganie...

Warto więc z pierwszej częśći mojego ANTYPRZEWODNIKA zapamiętać przede wszystkim, że Andaluzja jest piękna, Hiszpanie to "wesoły" naród, ale nie w HUELGA GENERAL. To jednak dopiero początek moich wrażeń i opowieści. Następne już niebawem...

czwartek, 23 września 2010

Drugs.

Ratatat - Drugs from Blink on Vimeo.

Dual district.

Arandel is not a band, Arandel is not a character. Arandel is a CREATOR.

Tak zaczyna się tekst o pewnym tajemniczym gościu, który nie pokazuje twarzy, a publiczności objawia się jedynie poprzez swoją muzykę. To Arandel. Zjawił się znikąd i swoją płytą "In D" rozłożył mnie na łopatki. Arandel to propozycja dla tych, którym się wydawało, że w muzyce było już wszystko. Jeśli myśleliście, że muzyka nie jest w stanie zawładnąć wami do głębi, sięgnijcie po "In D". Ten album nie odkrywa może zupełnie nowego, nieznanego lądu. Eksploruje jednak inne, niezbadane tereny; nieodkryte jeszcze pokłady emocji. Spójrzcie na okładkę - zobrazowano nią dwa tracki poniżej. Jest organiczna - tylko papier, drewno, liść. Szkic ołówkiem. Nie tylko zresztą w okładce, ale i w samej muzyce jest taki element hiper-naturalistyczny. Jakby naturalne i klasyczne linie melodyczne stapiały się z wysmakowanymi, nowoczesnymi akordami. "In D" to eksperyment. Podobno Arandel do stworzenia go używał zaledwie minimum elektroniki, a większość dzwięków pochodzi z żywych instrumentów oraz z natury. Efekt jest maksymalny! Posłuchajcie sami...




Polecam bardzo również soundclouda Arandela - można tam znaleźć kilka doskonałych remiksów piątego z tracków na "In D", jeden nigdzie nie publikowany kawałek oraz fragment live actu, który mnie rozwalił doszczętnie - ile ja bym dał, żeby usłyszeć Arandela na żywo? Czy w tym celu trzeba mi się udać do Francji? I czemu do cholery właśnie z Francji i z dalekiej Północy pochodzi najbliższa memu sercu muzyka?

Z Północy owej przybył do Polandii w sierpniu, specjalnie na Audioriver - Oni Auyhun - drugi z moich nowych bohaterów, w którego twórczości zakochałem się bez pamięci. Chyba już zawsze będę żałował, że przegapiłem jego live'a w Płocku. Do tej pory nie wiem jak to się stało - jakimś dziwnym trafem byłem przekonany, że Oni gra w sobotę i kiedy się zorientowałem, że gra jednak w piątek - było już za późno. A ponoć było tak niesamowicie i magicznie. Te jego kosmiczne stroje, te zimne, lodowe wizualizacje. Może lepiej, że mogę sobie to wyobrażać, że nie skonfrontowałem się z festiwalową rzeczywistością... Jak jego muzyka została w Płocku odebrana? Przecież to niemal misterium - myślę sobie. Pozostaje mi teraz tylko słuchać pojedynczych tracków i czekać na Unsound. Być może pojadę do Krakowa, choć nie jest to jeszcze pewne. Oni zagra tam kolejnego live'a - tym razem pewnie o wiele bardziej pasującego do miejsca. Bo wyobrażam sobie (choć nigdy na tym festiwalu nie byłem), że na Unsoundzie jest o wiele bardziej, niż na Audioriver, wysmakowana publika. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział dodam tylko, że Oni Auyhun to solowe wcielenie Olofa z The Knife, choć cały projekt jest tak samo tajemniczy, jak Arandel, bo Oni bardzo dba, żeby aspekt wizualny całości, był równie tajemniczy i dziwny, jak i sama muzyka. Tutaj elektronika jest zdecydowanie na pierwszym planie, choć osiągnięty efekt jest momentami zbliżony do Arandela. Oni mówi o swojej muzyce, że jest "about drama". To doskonałe spuentowanie całości. Ja chyba po prostu jestem trochę "dramatyczny" właśnie. Lubię w muzyce emocje, podskórne, nie do końca jasne i czytelne, emocje trudne-do-nazwania. Takie, jak u Oni'ego Ayhuna i Arandela.