Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 listopada 2010

Rebellion of the dreamers.

Muzyka schyłkowa? Melodia snu zimowego? Późnolistopadowa suita? Proszę bardzo. Kollektiv Turmstrasse, projekt muzyczny dwóch Niemców, nagrywających razem od dobrych kilku lat, wydał wreszcie swój debiutancki album, "Rebbellion Der Traumer". Piękny album. Rewolucję dla marzycieli. Ma on swój dokładnie przemyślany układ, jest harmonijny, utkany z doskonałych muzycznych mikrosongów, przeplatanych dziewięcioma "przerywnikami", zwanymi tutaj z niemiecka: "Dazwischen", co znaczy "pomiędzy". Sączy się powoli z głośnika. Smakuje najlepiej, gdy za oknem brakuje słońca. Inspiracją były ponoć produkcje Buriala i te bardziej elektroniczne kawałki Radiohead. Ja słyszę tu na pewno Four Tet'a i Pantha Du Prince, i gdzieś pomiędzy tymi dwoma producentami lokowałbym "Rebellion Der Traumer". Kollektiv Turmstrasse zawsze tworzyli gdzieś na przecięciu. Ich "minimal techno" było bardzo melodyjne, przestrzenne, mocno rozbudowane. Teraz jest jeszcze ciekawiej. I jeszcze mniej jednoznacznie. Bo temu albumowi bardzo daleko do klubu. To elektronika do słuchania w domu. Dla leniuchów, niedźwiedzi, borsuków, świstaków i jeży. Dla takich, co lubią poddać się chwilowej hibernacji. Dla wielbicieli ciepłolubnej Buki. Dla amatorów wełnianych koców, bamboszy i termoforów. Dla tych, którzy o dzikich przełęczach, borach i puszczach słyszeli tylko w baśniach. W dzieciństwie baliście się czasem zasnąć? Rewolucję marzycieli czas zacząć!

czwartek, 21 października 2010

You remind me of gold...

Jesień w pełni. I choć za oknami brzydko i mokro i wszyscy znajomi blogerzy na swych blogach psioczą na aurę, to ja się w skrytości ducha jednak trochę cieszę, bo ta jesień, jak zresztą każda jesień, przynosi z sobą, wśród tych opadających liści i hektolitrów wody, lejącej się z nieba, strumienie przezajebistej muzy. I o tej muzie chciałbym tu słów kilka. Wydaje mi się bowiem, że oto w zeszłym tygodniu ukazały się dwie płyty-perły, wytyczające nowe muzyczne kierunki, przodowniczki, o których będzie się mówić jeszcze długo i tłusto... Obie są dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem, obie pretendować będzie zapewne w muzycznych zestawieniach AD 2010 do miana płyty roku...

Najpierw będzie młody-zdolny John Roberts, autor czterech doskonałych EPek, z których mnie najbardziej rozwaliła zeszłoroczna "Mirror". Kawałek "Pruned" z niej pochodzący, który wklejam poniżej, właściwie nie schodzi z mojej playerowej playlisty i na szczęście znalazł się także na albumie "Glass Eights", wydanym właśnie dla DIAL.

John Roberts - Pruned from HOMIE J on Vimeo.



"Glass Eights" to niesamowity, oszczędny, wspaniale wyprodukowany house dla wrażliwców. Dziwne to określenie, wiem, ale muzykę Robertsa nie da się łatwo określić i zdefiniować. I chwała mu za to. To właściwie płyta na jaką czekałem. Głęboka, emocjonalna, ale także smutna... Zbudowana z sampli i żywych instrumentów, niedająca się łatwo zdefiniować, muzyczna podróż, której największymi atutami jest spójność. Słucha się "Glass Eights" jednym tchem, żaden utwór się specjalnie nie wyróżnia, wszystkie natomiast doskonale do siebie pasują, co przywraca mi wiarę w nośnik, jakim jest płyta długogrająca. Duże wydarzenie. Po tegorocznym albumie Efdemina, kolejny świetny strzał DIALa.

Jeszcze większą niespodzianką jest dla mnie płyta Darkstar, "North", które całkowicie zmienia kierunek muzyczny i z rejonów okołodubstepowych wędruje w okolice synth popu. To bardzo zaskakująca metamorfoza, tym bardziej ciekawa, że Darkstar, w przeciągu tego roku zaledwie, zmienił się z duetu, który pamiętamy ze świetnego "Aidy's Girl Is A Computer", w trio, z regularnym wokalistą w składzie. Płyta to przedziwna, nawiązująca do lat 80-siątych, ale w sposób, którego się nie spodziewałem. Słychać wpływy The Human League, OMD, Kraftwerku, ale wszystko to jest przefiltrowane przez dubstepową wrażliwość, co sprawia, że te piosenki (dziwne określenie zważywszy, że wydawcą albumu jest Hyperdub) są mega nowoczesne i brzmią niezwykle świeżo. To doskonała muzyka na jesień bo znowu jest smutno, czasami trochę patetycznie, ale to w ogóle nie przeszkadza w odbiorze. Bo słuchając tej muzyki czujesz, że właśnie doświadczasz czegoś pięknego... Zastanawiam się co mnie tak urzekło, czy te synth popowe wycieczki, czy głos wokalisty, czy po prostu melodie? A może połączenie tych wszystkich składników? Ta najbardziej popowa płyta w katalogu Hyperdub rozwaliła mnie doszczętnie, z czego się cieszę, jak głupi do sera. Mocna rekomendacja!



I tu docieramy do jeszcze jednego objawienia, o którym muszę choćby wspomnieć. Pisał o nim ostatnio Groh z Junoumi. To James Blake, genialny 21-letni producent z Wysp, autor kilku zajebistych EPek, (szczególnie polecam tą ostatnią, "Klavierwerke" ). Ponieważ nie chcę się powtarzać, bo wyczerpująco zajął się nim Groh, a wy możecie się tam przeklikać, powiem tylko, że Pan Blake szykuje chyba równie szokującą stylistycznie woltę, co Darkstar, bo właśnie ukazał się pierwszy kawałek, będący przedsmakiem całej płyty, zaplanowanej na początek 2011 roku. I tak, jak w przypadku "Gold" Darkstara jest to również cover, tyle że Blake zajął się utworem Feist "Limit to your love". Jego wykonanie każe mi sądzić, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym, kto w przyszłym roku może porządnie zamieszać w muzycznym światku. Szykujcie się! Nadchodzi nowe pokolenie.

czwartek, 23 września 2010

Dual district.

Arandel is not a band, Arandel is not a character. Arandel is a CREATOR.

Tak zaczyna się tekst o pewnym tajemniczym gościu, który nie pokazuje twarzy, a publiczności objawia się jedynie poprzez swoją muzykę. To Arandel. Zjawił się znikąd i swoją płytą "In D" rozłożył mnie na łopatki. Arandel to propozycja dla tych, którym się wydawało, że w muzyce było już wszystko. Jeśli myśleliście, że muzyka nie jest w stanie zawładnąć wami do głębi, sięgnijcie po "In D". Ten album nie odkrywa może zupełnie nowego, nieznanego lądu. Eksploruje jednak inne, niezbadane tereny; nieodkryte jeszcze pokłady emocji. Spójrzcie na okładkę - zobrazowano nią dwa tracki poniżej. Jest organiczna - tylko papier, drewno, liść. Szkic ołówkiem. Nie tylko zresztą w okładce, ale i w samej muzyce jest taki element hiper-naturalistyczny. Jakby naturalne i klasyczne linie melodyczne stapiały się z wysmakowanymi, nowoczesnymi akordami. "In D" to eksperyment. Podobno Arandel do stworzenia go używał zaledwie minimum elektroniki, a większość dzwięków pochodzi z żywych instrumentów oraz z natury. Efekt jest maksymalny! Posłuchajcie sami...




Polecam bardzo również soundclouda Arandela - można tam znaleźć kilka doskonałych remiksów piątego z tracków na "In D", jeden nigdzie nie publikowany kawałek oraz fragment live actu, który mnie rozwalił doszczętnie - ile ja bym dał, żeby usłyszeć Arandela na żywo? Czy w tym celu trzeba mi się udać do Francji? I czemu do cholery właśnie z Francji i z dalekiej Północy pochodzi najbliższa memu sercu muzyka?

Z Północy owej przybył do Polandii w sierpniu, specjalnie na Audioriver - Oni Auyhun - drugi z moich nowych bohaterów, w którego twórczości zakochałem się bez pamięci. Chyba już zawsze będę żałował, że przegapiłem jego live'a w Płocku. Do tej pory nie wiem jak to się stało - jakimś dziwnym trafem byłem przekonany, że Oni gra w sobotę i kiedy się zorientowałem, że gra jednak w piątek - było już za późno. A ponoć było tak niesamowicie i magicznie. Te jego kosmiczne stroje, te zimne, lodowe wizualizacje. Może lepiej, że mogę sobie to wyobrażać, że nie skonfrontowałem się z festiwalową rzeczywistością... Jak jego muzyka została w Płocku odebrana? Przecież to niemal misterium - myślę sobie. Pozostaje mi teraz tylko słuchać pojedynczych tracków i czekać na Unsound. Być może pojadę do Krakowa, choć nie jest to jeszcze pewne. Oni zagra tam kolejnego live'a - tym razem pewnie o wiele bardziej pasującego do miejsca. Bo wyobrażam sobie (choć nigdy na tym festiwalu nie byłem), że na Unsoundzie jest o wiele bardziej, niż na Audioriver, wysmakowana publika. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział dodam tylko, że Oni Auyhun to solowe wcielenie Olofa z The Knife, choć cały projekt jest tak samo tajemniczy, jak Arandel, bo Oni bardzo dba, żeby aspekt wizualny całości, był równie tajemniczy i dziwny, jak i sama muzyka. Tutaj elektronika jest zdecydowanie na pierwszym planie, choć osiągnięty efekt jest momentami zbliżony do Arandela. Oni mówi o swojej muzyce, że jest "about drama". To doskonałe spuentowanie całości. Ja chyba po prostu jestem trochę "dramatyczny" właśnie. Lubię w muzyce emocje, podskórne, nie do końca jasne i czytelne, emocje trudne-do-nazwania. Takie, jak u Oni'ego Ayhuna i Arandela.

poniedziałek, 8 marca 2010

Wiosna kontra Buka.

Buka, wiadomo, garnie się do ciepła i domowego ogniska, sama zaś wzbudza postrach i przerażenie bo zamraża ziemię, po której stąpa, a jeśli przystanie gdzieś na dłużej, to w tym miejscu nic już nigdy nie wyrośnie. Buka w tym roku rządzi niepodzielnie. Stała się jednym z symboli rosnącego w siłę Facebooka, gdzie fanami Buki zaledwie w kilka miesięcy zostało 22 tysiące ludzi. Innym profilem, który rośnie w siłę jeszcze mocniej jest "Zimo wypierdalaj" z 30 tysiącami fanów na koncie. Od kilku tygodni między profilami trwa zażarta walka. Im bliżej wiosny, tym "Zimo wypierdalaj" liczniejsza. Ale Buka nie odpuszcza, każdy jej post gromadzi kilkadziesiąt komentarzy. Ostatnio Buka ostrzegła, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Po czym w Gdańsku znowu spadł śnieg i oprószył odkryte już wcześniej trawniki upstrzone psimi kupami. Rozpoczął się ostatni, finalny już mam nadzieję, atak. W związku z przedłużającą się zimą i tryumfalnym pochodem Buki, nawet muzycznie nie jest jeszcze wcale wiosennie. Najlepsza, jak dotąd płyta jest mocno zimowa, chłodna. To Pantha du Prince i jego album "Black Noise". Cudownie uzależniający. Kto jeszcze nie ma niech sobie szybko pobierze.
Na zachętę zamieszczam klip do kawałka "Stick to my side". Wprawdzie w roli głównej występuje tu jakiś inny zimowy potwór, ale na bank jest to jakiś znajomy Buki. Niektórzy mówią, że to nawet jej kuzyn...

niedziela, 15 listopada 2009

Techno Veteran.

Zleciało, jak z bicza trzasnął! BPitch Control obchodzi 10 urodziny. Berliński label, którym od początku włada Ellen Allien wydał przez tą dekadę mnóstwo EPek i albumów, które stały się krokiem milowym dla tanecznej elektroniki. BPitch startowało w 1999 roku i od razu załapało się na electro hype, w którym miało swój ogromny udział, a to za sprawą nieśmiertelnego "Missy Queen gonna die" Toktok i Soffy O. Potem była Sylvie Marks i jej "Baby, I'm electric" oraz albumy szefowej, zatytułowane "Stadkind" i "Berlinette". I kiedy moda na electro trwała w najlepsze, statek BPitch Control żeglował już w inne rejony. To tu swoje niesamowite albumy wydali Sascha Funke ("Bravo"), Kiki ("Run with me") oraz Paul Kalkbrenner ("Self") . To tu również swoje pierwsze Epki oraz debiutancki album wydali Modeselektor. Ellen nie spoczywała jednak na laurach. Ogromnym sukcesem okazał się współtworzony wraz z Apparatem album "Orchestra of Bubles", jeden z moich faworytów w tej stajni. Zwerbowała również do współpracy duet Telefon Tel Aviv , który nagrał dla BPitch Control świetny album "Immolate yourself", jak się miało wkrótce okazać, ostatni w takim składzie, gdyż Charlie Cooper, wkrótce po premierze, w styczniu tego roku popełnił samobójstwo. Po smutnym początku, rok 2009 był dla BPitch Control bardzo udany. Przede wszystkim za sprawą projektu Moderat, który tworzą Modeselektor i Apparat. Płyta zatytułowana po prostu "Moderat" z pewnością będzie zaliczana przez wielu do najlepszych w tym roku. Świetne albumy wydali również Kiki ("Kaiku") oraz Fuckpony ("Let the love flow"). 10 lat działalności Ellen i jej ekipa podsumowali właśnie digit packiem "10 years of BPitch Control" (part one & part two) który świetnie pokazuje w jakim obszarze muzycznym czują się oni najlepiej. Zaczynamy zatem od electro ("Baby, I'm electric" Sylvie Marks), następnie mamy eksperymenty Alexa Amoona i Feadz'a, potem minimal - Paul Kalkbrenner oraz Ellen Allien & Apparat w remiksie Bena Klock'a, a na końcu indywidualności, czyli Modeselektora z Thomem Yorke z Radiohead oraz Telefon Tel Aviv z kawałkiem "You are the worst thing in my life". Bardzo dobra składanka, kawał historii muzyki elektronicznej. Przez tych 10 lat BPitch wyrosło na jedną z najbardziej kreatywnych wytwórni muzycznych, wciąż trzymają się dobrze i wyznaczają kierunki na następne lata. Ciekawe, co Ellen zaprezentuje nam w przyszłym roku... Tymczasem możemy powrócić do tego, co już wydane, co niezmienne molestuje nasze mózgi. Poniżej mój prywatny ranking najlepszych BPitch'owych strzałów:

1. Sascha Funke - "Now you know". Track otwierający album "Bravo" z 2003 roku. Nadawał ton całej płycie, na długo pozostał w głowie. Majstersztyk!

01 - Now you know by bookerbus

2. Jeden z najlepszych kawałków szefowej labelu Ellen Allien, "Trashscapes" w zajebistym remiksie Raza Ohary.

B1 trashscapes (raz ohara remix) by bookerbus

3. "Let the Love Grow" z Paulem St. Hilaire na wokalu to właściwie kawałek Moderata, gdyż jego współproducentem jest Sasha Ring, czyli Apparat. Pierwotnie ukazał się jednak na albumie Modeselektora, "Happy Birthday!" z 2007 roku. Do tej pory jak tego słucham, to mam ciary! A co się działo ze mną, gdy panowie zagrali to na koncercie w Płocku... Nie chcecie wiedzieć...

04 - Let Your Love Grow by bookerbus

środa, 30 września 2009

Szumy, zlepy, ciągi.

Na koniec miesiąca proponuję trochę dziwnych, acz pięknych dźwięków. Będzie raczej kanapowo i sennie. Niesamowicie. Mocno przestrzennie. Na początek Brendon Moeller z kawałkiem "Wondering" (z EPki "Escape").












Druga propozycja to spowiedź ("Confesion") Krwawej Mary. Grzesznica wyznaje Wam swoje grzechy. Utwór pochodzi z doskonałego albumu "Black Pearl".












Jako trzeci, John Daly z kawałkiem "Monsoon" z albumu "Sea and Sky". Miękko. Kosmicznie?












Teraz kolej na Luciano, który spłaca trybut Słońcu. "Hang for Bruno" to zdecydowanie jeden z najlepszych tracków z jego ostatniego albumu.












Czas na "Panic Striken", mój ulubiony kawałek z albumu "Studio 10" Mathiasa Kadena. Na wokalu Ian Simmonds.












I na koniec, czarna perła, najpiękniejsza w całym zestawie. Floating Poinst z kawałkiem "Truly". Bajka na dobranoc.



sobota, 19 września 2009

Babie lato.

Niklas Worgt aka Dapayk nie przestaje mnie zaskakiwać. Jest to jeden z moich ulubionych twórców muzyki elektronicznej. Nie ważne czy tworzy sam, jako Dapayk Solo czy Marek Bois, czy w duecie z Evą Padberg, zawsze spod jego ręki wychodzą bardzo wysmakowane i nietuzinkowe produkcje. Właśnie ukazała się jego nowa EP'ka "Orange" z cudownymi dwoma trackami, na których Dapayk robi kolejną voltę i skręca w kierunku przestrzennego i bardziej rozbudowanego deep house'u. Dla mnie bomba! Niklas jest twórcą niezwykle płodnym, właściwie co roku wydaje nową płytę. od 2005 roku wydał już ich razem 5, z czego dwie w duecie z top modelką Evą Padberg, która jako grafik dba również o oprawę wizualną jego wszystkich wydawnictw. Eva wniosła do muzyki Niklasa dużą porcję liryzmu, tak więc ich wspólne produkcje przybierają zazwyczaj formę niestandardowej piosenki, gdzie podkłady Dapayka stanowią tło dla tekstu Evy. Najbardziej znaną, jak dotąd płytą duetu jest album "Black Beauty". Ja chciałbym jednak polecić Wam wcześniejszą "Close up" z 2005 roku. Tak sobie pomyślałem, że jest to bardzo dobra muzyka na schyłek lata. Kiedy dni są jeszcze ciepłe, ale noce już chłodne. W Polsce mówi się, że to "babie lato". Pozwólcie zatem Evie Padberg, pięknej kobiecie, wybrzmieć w waszych głośnikach we wrześniowe poranki i wieczory.

piątek, 4 września 2009

It began in Africa.

"Zaczęło się w Afryce" i tak trwa... Twardy, korzenny, plemienny mix Fabric 48, przy którym trzeba tańczyć, stanowi esencję brzmienia, jakie już od kilku lat Matt Edwards realizuje pod pseudonimem Radio Slave. Tu nie ma mowy o pomyłce, słuchając tej odsłony Fabrica trafiacie w sam środek parkietowego szaleństwa. Poczynając od własnych, niewydanych dotąd nigdzie produkcji (zajebisty "I don't need a cure for this"), aż po jeden z największych w tym roku hitów Cadenzy ("La Mezcla" Michaela Clais'a) Radio Slave funduje nam techno-orgię, brzmienie instant, szaleństwo w czystej postaci. Przy czym, zaznaczyć trzeba, to nie jest mix z cyklu "track by track" - szybko i ciasno. Jest to set bardzo elegancki - zaledwie 13 produkcji, stopniowo budujących napięcie... Ja bawię się doskonale, słucham tego miksu od kilku dni i nie mogę przestać. Odczuwam już nawet pewien dyskomfort, bo na dysku zalega mi dużo nowości, a Radio Slave wciąż nie odpuszcza. Czy można z tym Fabric'em przesadzić? Zaaplikować go sobie za dużo? Poczuć, jak Nina Kraviz w jednym z najbardziej rozbuchanych na tym secie tracków, "pain in the ass"..? Nie sadzę. Można się ewentualnie uzależnić... Na trochę. No bo tak na dłużej, to wiadomo, nudno. W końcu mamy XXI wiek, w którym wszystko zmienia się tak szybko...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Radio epopeja.

Właśnie przesłuchałem nowe wydawnictwo Dj'a Hell'a zatytułowane "The Dj". Utwór ten pochodzi z dwupłytowego, ostatniego albumu Helmuta, "Teufelswerk" i był zdecydowanie tym, który wywoływał w ocenie albumu najgorętsze dyskusje. A to ze względu na wokal P.Diddiego, który gościnnie udziela się w tym tracku. Przyznaję, że mimo iż Diddiego (czy jak go tam jeszcze nazwać) nie darzę sympatią, w tym kawałku jego wokal , poddany odpowiedniej obróbce, brzmi całkiem ciekawie. Na Ep'ce oprócz oryginału znajdują się jeszcze cztery remiksy, z czego najważniejsza jest zapierająca dech w piersiach, dwudziestoośmiominutowa wersja Radio Slave, który zrobił z utworu Hella mały majstersztyk. Słowa są tu zbędne, dlatego czym prędzej zapraszam do odsłuchu. Całość do pobrania tu. Na koniec wspomnę jeszcze tylko, że pozostałe remiksy przygotowali Jay Haze, Paul Woolford i Deetron. Piona!

czwartek, 25 czerwca 2009

Trzecie oko.

Dzięki Plum'owi mam swoją nową ulubioną płytę. A jest nią "Third Eye" projektu Masomenos. Nie chce mi się o tej muzyce opowiadać, bo dzieje się w niej za dużo, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Autorzy kilku bardzo dobrych EPek z zeszłego roku, z rysowanymi "zwierzołakami" na okładkach i mega zajebistego seta powrócili i rozwalili mnie dwunastoma celnymi strzałami. Jeżeli lubiłeś ich już wcześniej, teraz pokochasz ich jeszcze bardziej, jeśli jeszcze ich nie znasz, posłuchaj czym prędzej, bo tracisz naprawdę wiele. Muzyka jest tu. Naciesz swoje ucho, człowieku! A dla oka galeria wszystkich "zwierzołaków", jakie znalazłem w sieci.

1. Bobby


2.Croco


3.Floppy


4.Froggy


5.Poulet


6.Snaky


7.Cochon


8.Matou

wtorek, 16 czerwca 2009

Echo (Za siedmioma górami).

Trochę mnie nie było. Ale już jestem. Sporo czasu spędziłem ostatnio z słuchawkami na uszach, a płyta która najczęściej grała w moim przekaźniku to "Kaiku" Pana co się zowie Kiki i z Finlandii pochodzi. Dopieszczone i mocne wydawnictwo. Kiki nie wydaje często a ostatni jego album ukazał się 7 lat temu. I dobrze, że tak robi. Bo się nie rozdrabnia. Zaczyna się "Kaiku" od minimalu, ale potem jest już ciężej, bo nie jest to muzyka z gatunku lekkich, o nie! Album ukazał się na BPitch Control i ma wszelkie znamiona płyty z tejże wytwórni. Jest przebojowo ("Immortal" z bjorkowskim wokalem Pani co się zowie Pirica), jest patetycznie ("Living on FFWD" ze znakomitym motywem orkiestrowym, przypominającym mi fragment z "Odyseji kosmicznej 2001" Kubricka), bardziej housowo ("Starslider"), a nawet transowo (jednostajny, wkręcający rytm w "No word necessary"). Jest tu znakomity "Twins", oparty na powtarzanej wielokrotnie tytułowej frazie wyśpiewanej przez Jake'a The Rapper'a (zajebisty tekst!) i bardzo filmowy "After the storm". I właściwie określeniem "filmowa" można by nazwać całą tę płytę. Przywodzi mi na myśl klimat zimnych, skandynawskich filmów Bergmana, zrobionych z doskonałą precyzją. Ale nie filmów bezdusznych, bo "powietrza" jest tu także sporo, jak chociażby w "Good Voodoo", który wklejam poniżej. Dla tych, co lubią mocniejsze dźwięki - link do całości. Na koniec jeszcze dodam, że "Kaiku" po finlandzku znaczy "Echo". Pięknie, prawda?

Kiki: Good Voodoo (feat. Chela Simone)

środa, 27 maja 2009

Taniec współczesny albo róg obfitości.

Wylewa mi się muzyka z komputera, już jej nie mieszczę na dysku, już jej nie mieszczę w głowie. Jest jej coraz więcej i ku mojemu zdziwieniu wszytsko jest cacy. Mamy chyba dobry rocznik. Anno Domini 2009. Nie będzie tu jednak żadnego podsumowania, licytowania i punktowania. Chcę się po prostu podzielić z Wami wrażeniami z tego, co mi teraz gra na głośnikach, z tego, do czego wracam coraz częściej, co molestuje moje synapsy w sposób bardzo wyrafinowany, mlask:) Zacznę zatem od tytułu tego posta. Jest on taki a nie inny za sprawą naszego rodaka, ziomala Jacka, dalekiego krewnego Henryka od "Trylogii", którego "Modern Dance" polubiłem bardzo i bez tej płyty życia już sobie nie wyobrażam (Dziżas, jak to pompatycznie zabrzmiało:)Właściwie mało na tej płycie nowych dźwięków, spora część uważnemu słuchaczowi była znana już wcześniej, nie zmienia to jednak faktu, że to wydawnictwo to perełka - doskonały miks, pokaz tego, czym elektroniczna "muzyka współczesna" jest dzisiaj. "Modern dance" trzeba koniecznie posłuchać w całości, od początku do końca. Natomiast osobno w trackach bardzo miło jest posłuchać Voodeux. Ich debiutancki album "The Paranormal" właśnie się ukazał na labelu Cloude Von Stroke'a MOTHERSHIP. Cudna to płyta, pełna odniesień do horrorów, strachów i duchów. Przeładowana tajemniczymi dźwiękami. Zupełnie świeża muza, bardzo dobrze się tego słucha. Techno, ale takie udziwnione, nadzwyczaj łagodne, paranormalne właśnie. Godną uwagi płytę wydali również panowie z EXERCISE ONE dla MOBILEE. "In Cars We Trust" to połączenie różnych stylistyk, słychać tu echa breakbeatu, deep techno, ambientu, a nawet kraut-rocka. Są fajne wokale, jest dobra produkcja, czyli wszystko jak należy. Dopieszczone cacko! Dobrze się dzieje również na składance z wytwórni AUS MUSIC. Kilka perełek tam znalazłem. Trochę minimal house, jak BROOKS chociażby, trochę dubstepu w wykonaniu MARTYNA, trochę spokojniejszych dźwięków od SIDESHOW. Ciekawie, róźniście, bogato. Plus dobry set od ojca założyciela, Willa Soula. A jeszcze jest nowa kompilacja od Kitsune, której z tego nadmiaru nie zdążyłem przesłuchać i MILKY DISCO 2 z LO RECORDINGS. Ale jak znaleźć czas na te wszystkie dobroci? Jak temu sprostać?

Voodoux - Just a Spoonful (from "The Paranormal")


Sideshow - Television feat. Cortney Tidwell (All night long version)

poniedziałek, 25 maja 2009

Holz.

Holger Zilske wydał swój debiutancki album "Holz" i potwierdził wszystko to, co myślałem o nim już wcześniej. Że jest cholernie dobry. Że wycina dźwięki tak, jak pasuje mi najlepiej. Słucham tej płyty i słucham, a za każdym kolejnym przesłuchaniem podoba mi się jeszcze bardziej. Niektórzy mogą kojarzyć Holgera ze Smash TV, ale muzyka, którą wydaje pod własnym nazwiskiem jest zupełnie inna. Bardziej minimalowa i odrealniona. Płyta stanowi całość, jest opowieścią, podróżą, a takie płyty, jak wiadomo lubię najbardziej. Bo zbiór singli dobry jest na "potanćówki", do domowego odsłuchu lubię miec coś co ma swój początek, środek i koniec. Oczywiście fajnie jest gdy w takiej opowieści można znaleźć wisienki na torcie, takie jak "Mes Yeux" na przykład. I tak jak uwielbiałem "Bees/Birds" Holgera, tak teraz uwielbiam "Mes Yeux" właśnie. Dla tych co lubią wokale mam kolejną dobra wiadomość - dwa kawałki wokalne są jednymi z najpiękniejszych na płycie i warto się w nie wsłuchać dokładnie. Odwdzięczą się Wam z nawiązką - będą Wam cudnie "plumkać" w odsłuchach. Nie chcę już teraz wyrokować, ale czuję w kościach, że "Holz" może być kandydatem do mojej płyty roku. To cudo wyszło w Playhousie, wciąż jednej z najbliższych memu sercu wytwórni. Całość do pobrania tutaj.
Zanim pobierzecie warto się zapoznać z fragmentem, który poniżej. Kogo nie zachwyci, niech sobie nie zawraca głowy.



czwartek, 14 maja 2009

Acid Bells.

Jeden z moich ulubionych twórców minimalowych dźwięków, Efdemin ukaże się wkrótce na "czarnuchu" w dwóch znakomitych remixach Martyna. Takie zdarzenia lubię najbardziej. Oto na styku dwóch wybitnych osobowości muzycznych powstaje zupełnie nowa jakość. "Acid Bells", bo o tym tracku mowa, był bezsprzecznie jedną z moich ulubionych melodii w 2007 roku. Cieszy mnie bardzo ta nowa, dubstepowa wersja Martyna. Poniżej wklejam orginał Efdemina i jeden z nowych remixów o pięknie brzmiącej nazwie "Bittersweet version". Porównajcie!

Efdemin - Acid Bells (Album Version)


Efdemin - Acid Bells (Martyn's Bittersweat Mix)

czwartek, 7 maja 2009

Setsa.

Ame wraca z nową Epką na Innervisions, sublabelu Sonar Kollektiv, zalożonym przez Dixona w 2005 roku. "Setsa" to już 22 odsłona projektu. Co tu znajdziemy? Dwa bardzo klawe kawałki - tytułowy oraz "Ensor". Wydaje się, ze będzie hicior, bo po kilkukrotnym przesłuchaniu "Setsa" mocno siedzi we łbie i wyjść z niego nie chce. A podobnie było z "Rej" w 2006. Tylko, kto to jeszcze pamięta? Dla spragnienionych nowości wrzucam swieżutką "Setsę". Dla tych co lubią starocie, załączam "Rej". Miłego!




Ame - Setsa



wtorek, 5 maja 2009

Lista przebojów.

Ponieważ ostatnio było trochę więcej o miejscach, a mniej o muzie, czuję się w obowiązku nadrobić zaległości. Czas na krótki przegląd tego, co mnie kręci i co mi w głowie gra. Na początek Minilogue. Mój ulubiony kawałek z ich ostatniej płyty został wydany na 12'' w trzech doskonałych remixach. Właściwie trudno wybrać najlepszy. Wklejam ten od Beat Pharmacy, ze względu na głęboki szacun jakim darzę tego Pana. Za konsekwencję, dojrzałość i płytę "Wikkied times".



Jako drugi Tony Lionni. Nowa postać. Zaledwie kilka EPek na koncie. Ale za to jakich!
Pokłony zarówno za poniższy "Found a place", które można znaleźć na trzeciej już odsłonie Berghainu, jak i za ostatni asfalt "Sundance". Miód!



Jako trzeci Marcin Czubala. Jeden z najfajniejszych housowych kawałków tej wiosny.
Nogi same tańczą. Codziennie przynajmniej jeden odsłuch i jest dobrze:)



I na końcu kolaboracja. Burial & Four Tet! Ponieważ obu bardzo lubię, liczyłem na wiele. Dziś usłyszałem po raz pierwszy i zakochałem się bez pamięci. Na kolana! Na pysk! Na co chcecie. Byle nisko.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Guinea Pig.

Dj Koze. Midas! Właściwie wszystko czego się dotknie zamienia się w złoto. Jego własne tracki, takie jak "Let's love" to moje ubiegłoroczne faworyty. Remixy dla innych artystów, których dokonał windują ich utwory o klasę wyżej. "Mango" Saschy Funke, czy choćby "Minimal" Matiasa Aguayo nabierają zupełnie nowego kształtu i stają się... jakby to powiedzieć, szlachetniejsze. Po doskonałym albumie "Reinterpretations", którym jestem zachwycony do teraz, przyszedł czas na nowe olśnienie. Remix dla Bena Watta - "Guinea Pig", taki sobie kawalek, Koze zamienił w mistrzostwo świata. Kto nie wierzy, niech posłucha. A ja się rozpływam...