Jak w soczewce. Kilka uwag na temat
Londynu, w którym spędziłem kilka ostatnich dni. Muszę powiedzieć to bardzo dobitnie już na samym początku. Londyn mnie absolutnie nie zachwycił. Może to wina typowo brytyjskiej pogody (padało prawie cały czas, było wilgotno, mgliście i wiało), może braku wyrazistości. Bo wszystko jest w Londynie rozmyte. Jeden wielki mix wszystkiego. Wszystkiego i niczego. A teraz do rzeczy:

1.
Streetart. Nie ma go prawie w ogóle. Trzeba się mocno naszukać, żeby znaleźć cokolwiek, bo prace znikają w oka mgnieniu. Natomiast Banksy jest dosłownie wszędzie. Na pocztówkach, obrazkach, znaczkach, pinach. Na ulicach pełno bilbordów reklamujących film Banksy'ego. Premiera 5 marca. Rzygać się od Banksy'ego chce.
2.
Miasto. Duże, ogromne, przytłaczające. Tłumy ludzi dosłownie wszędzie. W godzinach szczyty masakra i paraliż. Metro wypchane szczelnie. Ciekawe jak musi być w Tokio? Podróż z centrum do miejsca, w którym mieszkaliśmy zajmowała nam ponad godzinę. Rozwiązania komunikacyjne zajebiste, natomiast niektóre linie metra stare i wolne. Szczególnie Nothern Line. Identyfikacja - bardzo czytelna, wszędzie łatwo trafić. Co z tego, skoro przemieszczanie się nie sprawia przyjemności ze względu na osaczające Cię zewsząd tłumy...? Może gdyby było cieplej, gdyby nie padało, gdyby można było pójść do Kensington, usiąść pod pomnikiem Piotrusia Pana, może wtedy nabrałoby się do tego wszystkiego dystansu? Niestety, padać nie przestawało.

3.
Jedzenie. Full english breakfast czyli śmietnik. Bekon, jajko sadzone, jakieś wstrętne kiełbaski, pieczone pieczarki, fasola w sosie pomidorowym i tosty. Na obiadek fish & chips. Frytki oczywiście polane octem. Ryba zapieczona w głębokim oleju, w cieście a la pączek. Na kolację Makuś albo Burger King. Tłusto i obficie. Mnóstwo otyłych ludzi. Szczególnie łase na fish & chips są kobiety. Niektóre są naprawdę imponujących rozmiarów. Nie grzeszą też urodą, nie dbają specjalnie o siebie. Nie ma się co dziwić, że to tu, w UK powstały wszystkie programy typu "How clean is your house?" czy "How to look good naked?". Oni naprawdę potrzebują, żeby im powiedzieć jak to się robi... Na szczęście w Londynie są knajpy wszystkich innych kuchni świata. Chińczycy, Hindusi, Tajowie gotują za nich, bo Brytole sami nie potrafią. Smutne...

4.
Sklepy. Jest wszystko i niczego nie brakuje. Na High Street 4 X Zara, 5 X H&M, 3 X Top Shop i Mango. Salony duże powierzchniowo, ze specjalnymi witrynami, jakich nie zobaczysz nigdzie indziej. Soho - zajebiste sklepiki ze street wear'em. Camden - tu należy się wybrać koniecznie po buty. Byliśmy w schyłkowym okresie wyprzedaży - można naprawdę dobrze się obkupić za stosunkowo małe pieniądze. Największe wrażenie zrobiły na mnie bookarnie, z ogromną ilością książek i albumów, których nie widziałem nigdzie indziej oraz sklepy z winylami, gdzie można znaleźć naprawdę oldschoolowe rzeczy i trudno dostępne pozycje. Tam na chwilę zwariowałem...
5.
Ludzie. Raczej smutni, spieszący się gdzieś i po coś. Nie zwracający uwagi na innych, nic ich już przecież nie zdziwi. Spodziewałem się, że zobaczę sporo freaków, i fajnie wystylizowanych wariatów. Nic takiego się nie stało.

6. Najfajniejsze miejsce -
Museum of Small Things w piwnicach Selfridges. Czasowa wystawa, kolekcja zajebistych gadżetów wykonanych z tytułowych "malutkich rzeczy". Np. kula dyskotekowa zrobiona z pinów czy manifest artystyczny zrobiony z żelek. Szkoda, że takich miejscówek nie było więcej... OK, fajnie bylo jeszcze w Tate Modern, ale sztuka, wiadomo, broni się sama...
Londyn zdecydowanie nie będzie należał do tych miejsc, do których chciałbym wrócić. Być może wpadnę tam jeszcze kiedyś po płyty. Być może jeszcze kiedyś usiądę na ławce w Kensington i popatrzę na Piotrusia Pana. A być może, nie. Po przygodach, które mieliśmy na Luton, a które z pewnością na swoim blogu opisze
MOO, jest to wielce prawdopodobne. Podsumowując, na dzień dzisiejszy: London sucks!