Hot Toddy. Tak Anglicy nazywają gorącego drinka, przygotowywanego najczęściej na bazie herbaty, przyprawionego cynamonem, gałką muszkatołową i innymi orientalnymi przyprawami. "Hot toddy" musi rozgrzewać, dlatego zwykle pija się go w chłodne wieczory, często jako "starter". Ja polecam szczególnie earl graya z brandy, miodem i goździkami. Pić należy koniecznie w towarzystwie sączącej się z głośników muzyki. Oto kilka wybranych przeze mnie dźwiękowych "hot toddy's", starterów, umilaczy i rozgrzewaczy muzycznych.
Jesień w pełni. I choć za oknami brzydko i mokro i wszyscy znajomi blogerzy na swych blogach psioczą na aurę, to ja się w skrytości ducha jednak trochę cieszę, bo ta jesień, jak zresztą każda jesień, przynosi z sobą, wśród tych opadających liści i hektolitrów wody, lejącej się z nieba, strumienie przezajebistej muzy. I o tej muzie chciałbym tu słów kilka. Wydaje mi się bowiem, że oto w zeszłym tygodniu ukazały się dwie płyty-perły, wytyczające nowe muzyczne kierunki, przodowniczki, o których będzie się mówić jeszcze długo i tłusto... Obie są dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem, obie pretendować będzie zapewne w muzycznych zestawieniach AD 2010 do miana płyty roku...
Najpierw będzie młody-zdolny John Roberts, autor czterech doskonałych EPek, z których mnie najbardziej rozwaliła zeszłoroczna "Mirror". Kawałek "Pruned" z niej pochodzący, który wklejam poniżej, właściwie nie schodzi z mojej playerowej playlisty i na szczęście znalazł się także na albumie "Glass Eights", wydanym właśnie dla DIAL.
"Glass Eights" to niesamowity, oszczędny, wspaniale wyprodukowany house dla wrażliwców. Dziwne to określenie, wiem, ale muzykę Robertsa nie da się łatwo określić i zdefiniować. I chwała mu za to. To właściwie płyta na jaką czekałem. Głęboka, emocjonalna, ale także smutna... Zbudowana z sampli i żywych instrumentów, niedająca się łatwo zdefiniować, muzyczna podróż, której największymi atutami jest spójność. Słucha się "Glass Eights" jednym tchem, żaden utwór się specjalnie nie wyróżnia, wszystkie natomiast doskonale do siebie pasują, co przywraca mi wiarę w nośnik, jakim jest płyta długogrająca. Duże wydarzenie. Po tegorocznym albumie Efdemina, kolejny świetny strzał DIALa.
Jeszcze większą niespodzianką jest dla mnie płyta Darkstar, "North", które całkowicie zmienia kierunek muzyczny i z rejonów okołodubstepowych wędruje w okolice synth popu. To bardzo zaskakująca metamorfoza, tym bardziej ciekawa, że Darkstar, w przeciągu tego roku zaledwie, zmienił się z duetu, który pamiętamy ze świetnego "Aidy's Girl Is A Computer", w trio, z regularnym wokalistą w składzie. Płyta to przedziwna, nawiązująca do lat 80-siątych, ale w sposób, którego się nie spodziewałem. Słychać wpływy The Human League, OMD, Kraftwerku, ale wszystko to jest przefiltrowane przez dubstepową wrażliwość, co sprawia, że te piosenki (dziwne określenie zważywszy, że wydawcą albumu jest Hyperdub) są mega nowoczesne i brzmią niezwykle świeżo. To doskonała muzyka na jesień bo znowu jest smutno, czasami trochę patetycznie, ale to w ogóle nie przeszkadza w odbiorze. Bo słuchając tej muzyki czujesz, że właśnie doświadczasz czegoś pięknego... Zastanawiam się co mnie tak urzekło, czy te synth popowe wycieczki, czy głos wokalisty, czy po prostu melodie? A może połączenie tych wszystkich składników? Ta najbardziej popowa płyta w katalogu Hyperdub rozwaliła mnie doszczętnie, z czego się cieszę, jak głupi do sera. Mocna rekomendacja!
I tu docieramy do jeszcze jednego objawienia, o którym muszę choćby wspomnieć. Pisał o nim ostatnio Groh z Junoumi. To James Blake, genialny 21-letni producent z Wysp, autor kilku zajebistych EPek, (szczególnie polecam tą ostatnią, "Klavierwerke"). Ponieważ nie chcę się powtarzać, bo wyczerpująco zajął się nim Groh, a wy możecie się tam przeklikać, powiem tylko, że Pan Blake szykuje chyba równie szokującą stylistycznie woltę, co Darkstar, bo właśnie ukazał się pierwszy kawałek, będący przedsmakiem całej płyty, zaplanowanej na początek 2011 roku. I tak, jak w przypadku "Gold" Darkstara jest to również cover, tyle że Blake zajął się utworem Feist "Limit to your love". Jego wykonanie każe mi sądzić, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym, kto w przyszłym roku może porządnie zamieszać w muzycznym światku. Szykujcie się! Nadchodzi nowe pokolenie.
To jak dotąd najlepsza dla mnie EPka tej wiosny. Odkrycie jej sprawiło mi dziś ogromną radość. CHICAGO EP ukazało się w labelu WOLF + LAMB, a jej autorem jest brytyjski dj i producent JOZIF, który muzyką zajmuje się już od 13 lat. Bogactwo dzwięków, jakie można usłyszeć na CHICAGO jest przeogromne. Jozif jest jednym z tych,których poczyniania należy śledzić w najbliższym czasie. Wystarczy sprawdzić jego sound-cloud'a. Jest czego słuchać. Wczesne produkcje, nowe tracki a także doskonałe remiksy, dla Bat For Lashes, czy Glass Candy. Jego styl można określić jako "hypnotyczny", wciągający. Ciężko doszukiwać się w nim podobieństw do czegoś innego. Momentami jest "deepowo", a za chwilę bardziej "dance-floorowo", ale właśnie ta nieokreśloność jest największym atutem muzyki JOZIF'a. Nie mogę przestać słuchać CHICAGO. Polecam Wam sprawdzić.
Na weekend zostawiam Was z konfiturą z bitów czyli kolekcją remixów Pana Pepe Bradock'a. Muza to wyśmienita, deepowo housowa, lekka i powabna. Pepe Bradock pochodzi z Paryża i zaczynał, a jakże francuskimi house'ami, w tym samym czasie co Alex Gopher, Cassius czy Air. Swoimi własnymi produkcjami jakoś nigdy nie zasłynął, bardziej znany jest z remiksowania innych, co doskonale udowadnia ten zbiór, moim zdaniem jeden z najlepszych ostatnich lat. Pepe remiksuje między innymi Chateau Flight, Iz & Diz, Panash'a, Charles'a Webster'a. Ostatni remix jakiego dokonał niestety nie znalazł się na tym krążku - to mini dziełko popełnione dla Manuela Tura. Znaleźć je możecie jednak w innym moim poście - o tu. A teraz, do głośników zapraszam i żegnam się wylewnie!