środa, 9 lutego 2011

Wycieczka w próżnię.

Co można powiedzieć o filmie, którego napisy początkowe wyglądają tak:



No więc można powiedzieć, że tak samo jak z tymi napisami będzie z całym filmem. Żeby była jasność. Mówimy o "Enter the Void", nowym obrazie Gaspara Noe.

Proszę Państwa, już dawno moje oczy nie widziały takich rzeczy! Przez pierwsze 45 minut dostajemy ostrą jazdę, bez jakichkolwiek hamulców. Nie liczcie na to, że będzie lekko, czysto i banalnie. O nie, tak nie będzie na pewno.

Głównym bohaterem filmu jest Oscar, diler narkotyków. Akcja osadzona jest w Tokio. Wszystko dzieje się głównie nocą, a widz zostaje wrzucony w głowę Oscara, który raczej się nie oszczędza. Mamy zatem okazję przeżyć razem z nim mocne narkotyczne stany, których w kinie jeszcze chyba nikt, tak jak Noe nie zwizualizował. Poruszamy się więc razem z Oscarem po brudnych uliczkach Tokio, wchodzimy do obskurnych klubów, gdzie pot i sperma aż kapią ze ścian, poznajemy jego siostrę, tancerkę w jednym z takich miejsc, palimy z nim wreszcie jakiś dziwny stuff, zwany DMT, a potem wędrujemy po meandrach jego zupełnie odmienionego umysłu, w którym zamiast rzeczywistych obiektów, widzimy tylko zmieniające się i przechodzące jedne w drugie fraktale.

Oczywiście jest to wędrówka po równi pochyłej. Zdajemy sobie sprawę, że cała ta wycieczka nie będzie miała happy endu. Na samym początku zresztą Noe sugeruje widzowi, do czego można będzie jego film odnosić. Otóż Oscar czyta pożyczoną od przyjaciela "Tybetańską Księgę Umarłych", kiedy więc zostaje postrzelony przy próbie dostarczenia narkotyków kumplowi, następuje totalna zmiana perspektywy. Kamera wychodzi z ciała Oscara, zostawia go na zakrwawionej podłodze i wciela się w "ducha", czy jakkolwiek nazwiemy to coś, czym staje się Oscar po śmierci.

Nie przypadła mi do gustu ta prosta wykładnia, jakoby Oscar miał w drugiej części filmu przechodzić pewien proces, nazwijmy to "dojrzewania" ducha, w którym musiałby realizować daną wcześniej siostrze obietnicę, że nie zostawi jej nawet po śmierci i będzie zawsze nad nią czuwał. Nie przekonał mnie cały ten szafaż buddyjski, wędrówka duszy w przestrzeni i w czasie, jako oczyszczenie z naleciałości doczesnego życia. Zostawiając jednak całą tą otoczkę, muszę niestety stwierdzić, że druga połowa filmu była strasznie nudna. Mimo zabiegów, w których reżyser chce nam pokazać świat z innej, niż ta do której przywykliśmy perspektywy, cała historia wlecze się niemożebnie i nic z niej tak naprawdę nie wynika.

Film był, jak dla mnie zdecydowanie za długi. Oglądanie "Enter the Void" było jak droga na wyboistą i stromą górę, ciężkie i mozolne. To film dla wytrwałych. Trzeba się nastawić na odbiór potężnej dawki wizualnych, trudnych czasem do zniesienia bodźców. Świdrująca kamera, brudne kadry, transowa muzyka, podprogowe, migoczące światła. Ciężko się po seansie otrząsnąć. A jednak mimo wszystko, moim zdaniem warto się z "Enter The Void" zmierzyć, bo mało jest już dziś reżyserów, którzy serwują nam w swoich filmach, tak osobisty, odręczny wręcz charakter pisma. Mało tak odważnych i bezkompromisowych twórców, którzy za nic mają sobie przyzwyczajenia widzów. Jeśli się zatem zdecydujesz na tę wycieczkę w próżnię, weź przed seansem głęboki oddech i nie pal wczesniej DMT, proszę!

wtorek, 8 lutego 2011

Prywatka na mojej chacie.

Dziś zabiorę Was na prywatkę. Jak do każdego wyjścia, tak i do tego trzeba się porządnie przygotować. Potrzebnych będzie nam trochę rekwizytów, bo chcemy wywrzeć odpowiednie wrażenie na znajomych. Żeby je zdobyć najlepiej udać się do jakiegoś zapyziałego lumpexu na przedmieściach. Ale po kolei...

Ponieważ zabieram Was również w podróż w czasie, potrzebne będą nam ciuchy i gadżety z wczesnych lat 90. Konieczny zatem jako główny element stroju, jakim będzie dres kreszowy, najlepiej w odcieniach różu, electric blue, lub jaskrawo zielonego. Jeśli nie macie dresu możecie przywdziać też dowolną, inną sukmanę. Ważne żeby była obszerna, luźna i kolorowa. Kształt nadacie jej grubym paskiem przewiązanym w pasie. Kobiety - koniecznie marynarka z poduszkami, żeby wpisać swoją figurę w literkę V. Faceci - złote spodnie w stylu MC Hammera. Bardzo dobrze widziane są też wdzianka z lycry. Pamiętacie lycrowe krótkie spodenki?

Konieczna będzie też zmiana fryzury. Dobrze widziane są tapiry, trwałe, grzywka na Alfa, czy spodek a la Vanilla Ice. Do tego kolorowe gadżety. Walkmany z pomarańczowymi gąbkami na słuchawkach, zegarki z radiem, frotki na przegubach, patchworkowe czapeczki z daszkiem. Oczywiście złota biżuteria również. Jeśli nie wiecie gdzie można szukać inspiracji, proponuję wygrzebać z szafy stare numery magazynu Bravo. Kobiety powinny wrócić na chwilę do pierwszych odcinków serialu Beverly Hills 902010, lub rzucić okiem na późne stylizacje Alexis Colby z Dynastii. Niewyczerpanym zródłem wzorców dla osobników obu płci będą zapewne również stroje bohaterów polskich seriali kultowych: "W labiryncie" i "Radio Romans". Warto przypomnieć sobie również niezapomnainego Mr T z "Drużyny A", żeby nadać swojemu wizerunkowi kosmicznego sznytu.

Aby na prywatce goście wyśmienicie się bawili dobrze jest podać koreczki, koniecznie wetknięte w arbuza obleczonego w aluminową folię. Do napojów wyskokowych serwujemy napoje w woreczkach, z różową rurką. Na ochłodę można zapropnować lody Calypso, w wersji z kolorową galaretką. No i nie można zapomnieć o dyskotekowej muzyce. Najlepiej w odpowiednich proporcjach skrzyżować Technotronic, Snap, Mc Hammera oraz Salt'n'Pepa.

A teraz kiedy wiecie już wszystko, zapraszam wreszcie na salony:

Hercules and Love Affair "My House" from Alanedit on Vimeo.

piątek, 4 lutego 2011

Bokeh i fraktale.

All that I know is I'm fallin', fallin', fallin', fallin' słyszałem wybudzając się ze snu. Spadałem, spadałem i spadałem. Aż dobrnąłem wreszcie do brzegu namacalnej i twardej rzeczywistości. A w tej sennej otchłani tyle było przecież dźwięków, które teraz ucho stara się jeszcze wyłowić. Takie sny miewa się rzadko. Sny polaroidowe, nasycone trudnymi do zdefiniowania barwami. Pełne niemożliwych do zdefiniowania pogłosów, rozmazane jak bokeh.

Bokeh jest zjawiskiem w fotografii, które charakteryzuje wszystko to, co dzieje się z fotografowanymi obiektami poza głębią ostrości. Kiedy główny obiekt pozostaje ostry, to co w tle rozmywa się i staje się niewyraźne. Można mówić o bokeh również w kontekście muzyki. W tym wypadku bokeh to "zamazywanie granic między gatunkami"."Mind Bokeh" - taki tytuł będzie nosić nowa płyta Bibio, na którą już teraz czekam z wypiekami na twarzy. Od momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem album sampler, wiedziałem że to muzyka stworzona dla mnie. Dziś, kiedy wysłuchałem pierwszego pełnego singla (EXCUSES), poczułem to jeszcze silniej.



Mówić o muzyce wykorzystując do tego zjawiska z innych, zupełnie z nią nie związanych dziedzin - interesująca sprawa. W bokeh kolory i kształty układają się często w pewne powtarzalne motywy, serie. Fraktale? Prawda, że jest coś pociągającego i tajemniczego w bokeh? W tym nieostrym tle i wyłanianiu się z niego kształtów? W tej ferii rozmazanych barw? Prawda, że jest coś niesamowitego we fraktalach? W powtarzalności motywów, których do końca nie da się scharakteryzować? Bokeh i fraktale są dla mnie również zjawiskami jak najbardziej filmowymi, surrealistycznymi, z pogranicza jawy i snu. Czy nie miewacie tak czasem w snach właśnie, albo wtedy kiedy się wybudzacie i zostajecie skonfrontowani z na wpół jeszcze realną codziennością?



Oto ciekawy przykład muzycznego bokeh. James Blake w "Wilhelms Scream" wyłania się z muzycznej otchłani. Na pierwszym planie pozostaje jego głos. To co dzieje się w tle, jest rozmyte, stłumione i przybiera bliżej nieokreślone kształty.



I na koniec jeszcze ciekawostka. O fraktalach mówi się często w kontekście muzyki elektronicznej, jako o powtarzalnych w nieskończoność motywach, z których zbudowane są całe utwory. Wykorzystanie z kolei muzyki elektronicznej do zobrazowania fraktali można zobaczyć w grze FRACT, gdzie zestawienie analogowych brzmień syntezatorów, ambientu i połamanych bitów z konfiguracjami powtarzających się kształtów dało piorunujący efekt. Zobaczcie zresztą sami. FRACT można pobrać za darmo ze strony producenta. Tylko uwaga! Możesz się od tego uzależnić.

niedziela, 30 stycznia 2011

Lomosfera.

Stało się. Zajarałem się lomo. Colorsplash, który przywiozłem z Londynu był już ze mną w wielu miejscach i wszędzie wzbudzał zainteresowanie. Kolorowa lampa błyskowa (w 4 wybranych odcieniach) robi całą zabawę. Analogowa zabaweczka daje jeszcze coś. Nigdy nie wiesz jaki będzie efekt. Dowiesz się o tym, dopiero po wywołaniu kliszy, w międzyczasie przeżywając delikatny dreszczyk niepewności. A potem możesz już cieszyć oczy powidokami, jakby flashbackami, bo przecież nie pamietałałeś dokładnie kiedy, komu i po co robiłeś te zdjęcia, szczególnie jeśli zabrałeś aparat z sobą na mocno zakrapianą imprezę:)

Pierwsze (i nie ostatnie na pewno) moje zdjęcia lomo wygladają tak:































piątek, 21 stycznia 2011

Kobiety na skraju.

Pamiętacie "Wstręt" Polańskiego, Carol Ledoux i jej umysł w stanie rozkładu? Pamiętacie duszną atmosferę tego filmu? Hipnotyczne, klaustrofobiczne ujęcia? A widzieliście "Pianistkę" Michaela Haneke? Erikę Kohut i jej sadomasochistyczne obsesje oraz chorą więź z Matką-Tyranem? Lubię oba te filmy, lubię wyraziste postacie skrzywionych kobiet, złamanych wewnętrznie, miotających się i walczących same z sobą...

Nina Sayers. Balerina, w jednym z najlepszych zespołów baletowych w Nowym Yorku. Zostaje poddana próbie. Być może dostanie rolę Królowej Łabędzi, w "The Swan Lake", ale czy będzie w stanie wcielić się w Czarnego Łabędzia? Czy udźwignie ciężar przemiany?

Aronofsky po raz kolejny robi to, co potrafi najlepiej - tworzy dosadne kino, łączy w jednym kotle różne gatunki, miesza je z sobą i wysmaża na koniec wysokokaloryczne danie. Kamera podąża za Niną niemal wszędzie, towarzyszy jej w każdej, nawet najbardziej błahej czynności. Ćwiczenia, ciągłe ćwiczenia, dążenie do perfekcji. Tylko tak można coś osiągnąć. Nina to wie. Ale czy do wszystkiego można dojść samemu nadludzkim wręcz wysiłkiem? Czy gdzieś nie przekroczy się granicy, której przekraczać się już nie powinno? Czy Nina wyrwie się wreszcie z klatki, w której zamknęła ją Matka? Czy opuści swój infantylny, różowy, pełen pluszowych miśków i króliczków pokój? Czy zmierzy się z Sobowtórem?

Carol u Polańskiego, dotknięta "wstrętem", panicznie bojąca się mężczyzn, dryfuje w stronę totalnego obłędu. Erika w "Pianistce" podcina sobie żyletką wargi sromowe, śni o kneblach, sznurach i rozkoszuje się bólem. Podobnie jak Carol dryfuje Nina. "Rozluźnij się" - mówi jej Nauczyciel, "popieść się, pobaw się sobą dziś wieczorem". Giętkie ciało baletnicy kontra spętana normami moralność. Czego boi się balerina? Mężczyzn, seksu, a może braku kontroli, zatracenia? Czemu jej atrybutami w "Czarnym Łabędziu" są pilnik, szminka i nożyczki? Jak blisko Ninie do Eriki?

"Czarny Łabędź" to doświadczenie kina w czystej postaci. Piękno teatralnego spektaklu, momentami wręcz doskonałe zespojenie obrazu z muzyką, świetna praca kamery, wirującej w tańcu, razem z Niną. Dreszczowiec, czarna baśń i horror łączą się z sobą, tworząc rewelacyjne widowisko. Im bliżej finału, tym robi się duszniej, mroczniej. Ostatnie sceny pokazują jak daleką drogę przeszła anorektyczna Natalie Portman. Jak wiele wysiłku musiało ją kosztować zmierzenie się z tą rolą. Rolą na miarę Oscara?
"Czarny Łabędź" to film dosadny i mocny, trzymający w napięciu, niepokojący, do obejrzenia kilkukrotnie, bo najlepsze smaczki nie są widoczne od razu, a refleksja nie przychodzi natychmiast. Film totalny?


Carol Ledoux, Erika Kohut, Nina Sayers. Trzy siostry. Trzy oblicza szaleństwa. Czy odważysz się zmierzyć z nimi wszystkimi?

sobota, 15 stycznia 2011

Londyńskie pranie.

Londyn wyprał mnie po raz kolejny. Tym razem jednak wyjeżdżam z niego bardziej "clean" niż "dirty". Zaczyna mi się ta londyńska układanka łączyć w głowie, zaczyna z wielu, porozrzucanych dotąd elementów powstawać obraz niesamowitego miasta. Nie twierdzę, że całkowicie zmieniłem moje o Londynie zdanie. Jednak w stosunku do tego, jak oceniałem go jeszcze rok temu, nastąpił w mojej ocenie naprawdę spory progres. Dlaczego?
Na pewno duże znaczenie ma lokacja, która stała się naszym punktem odniesienia. Tym razem mieszkaliśmy na Barbicanie, niedaleko Old Street, a więc w starej, zadbanej, oldschoolowej "wersji" Londynu. Mieliśmy też więcej czasu na poznanie smaków miasta, nie trzeba było aż tak się spieszyć. To zwolnienie tempa spowodowało zapewne, że widziałem mniej rzeczy i zjawisk, niż przy pierwszym pobycie, ale mogłem się im przyjrzeć za to bardzo dokładnie. Z tych obserwacji wyłonił mi się obraz multikulturowego tygla, jakiś współczesny Babilon, gdzie spokojnie, w rytmie odmierzanym przez odjeżdżające w krótkich odstępach czasu składy metra, egzystują obok siebie ludzie różnych nacji, wyznań, wywodzący się z różnych środowisk, ale akceptujący siebie i swoją odrębność. Czasami, siedząc w metrze, obserwując ludzi, miałem wrażenie, że oto mam przed sobą niemal cały przekrój ras, ze wszystkimi typami rysów twarzy, wszystkimi możliwymi przekonaniami, posługujący się różnymi, znanymi mi, bądź nie, kodami komunikacyjnymi. Czerpałem więc z tego tygla ile się tylko da. Odbierałem miasto wszystkimi dostępnymi mi zmysłami. Zachwycałem się kolorami. Zielonym guacamole w budzie u Meksykanina na Camden Town, elektrycznym niebieskim na butach w jednym ze sklepików ze sneakersami na Soho, czerwienią starej, winylowej płyty Closera, której w Polsce na pewno bym nie kupił, ostrym różem czytnika do kart kredytowych w sklepiku przy Old Street, turkusowym odcieniem światła na wieży nieczynnego już, przekształconego w halę koncertową kościoła Św. Łukasza, czy całym spektrum świetlnych barw, zmieniających kolor z minuty na minutę, na ścianie jednego z wieżowców w City, który okazał się być kliniką chorób oczu dla dzieci (autorami projektu są Penoyre & Prasad). Zachwycałem się zapachami. Kolendry w burito, królewskiego ginu z tonikiem, wypitego o 3 nad ranem, świeżo kupionych i odpakowanych z folii książek z Waterstone's, gdzie przepadliśmy na ponad dwie godziny, czy zapomnianym już trochę waniliowym aromatem Dr.Peppera. Zachwycałem się wreszcie smakami. Jagnięciny od Tajczyka w sosie z czerwonej cebuli, z prażonymi orzechami nerkowca, maślanymi ciasteczkami Walkersa, Fostersa z kija, zapiekanej pietruszki w tradycyjnym English Roost Dinner, czy piekącym jak diabli Chilli Con Carne. Mix smaków, zapachów, wrażeń i powidoków. Tyle na razie jest w mojej głowie. A jak wywołam klisze, to będą jeszcze zdjęcia z aparatu lomo, zwanego colorsplash, gdzie można samemu ustawiać sobie kolor lampy błyskowej. I jest jeszcze postanowienie, że wrócę tam po raz trzeci i myślę, że stanie się to jeszcze w tym roku. Bo jeszcze mam mało wrażeń. Bo wciąż jeszcze czuję Londynu niedosyt.

Ostatnia kwestia. Autorem pierwszego zdjęcia, jest Kasia Sawicka, która towarzyszyła nam dzielnie w podróży, zżyła się bardzo z ekipą i z pasją podchodziła do każdego wyzwania. Sprawdźcie jej foty tutaj, bo jest co oglądać. Nie ma tam jeszcze ujęć z naszego londyńskiego tripu, ale przypuszczam, że niebawem na pewno się ukażą.